Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - ZIMA 2015/16

Czytając Wasze odpowiedzi na pytanie konkursowe (do końca tygodnia możecie zgłaszać się TUTAJ), uświadomiłam sobie, że zbyt rzadko robię posty z ulubieńcami :) Niektóre z blogerek piszą o swoich ulubionych kosmetykach co miesiąc, ale u mnie coś takiego nie miałoby racji bytu. Powody są dwa. Po pierwsze: nie każdego miesiąca znajduję produkty warte uwagi, takie, które wyróżniają się spośród innych i o których koniecznie muszę Wam napisać. Po drugie: moja pielęgnacja twarzy jest dość nudna i monotonna, bo z racji tego, że ciągle jeszcze przechodzę kurację izotretynoiną, muszę uważać na to, czego używam. 

Ale, ale! Obiecuję poprawę i postaram się chociaż raz na kilka miesięcy pokazać Wam kosmetyki, które skradły moje serce i zaskoczyły pozytywnym działaniem. Chciałam nagrać film z ulubieńcami, ale światło (a raczej jego brak) skłoniło mnie do tradycyjnej formy przekazu, czyli zdjęcia + krótkie recenzje. Może i wyszedł z tego tasiemiec, ale skoro lubicie oglądać i czytać o kosmetycznych perełkach, raczej nie będziecie się nudzić :)


Żeby było Wam łatwiej przebrnąć przez ten post, podzieliłam kosmetyki tematycznie. Zacznę od pielęgnacji twarzy, potem pielęgnacja włosów i ciała, a na końcu kolorówka. Jeśli chodzi o twarz, zimą skupiłam się na nawilżaniu, a także usuwaniu przebarwień i blizn potrądzikowych. Pojawiły się kwasy, dwa fajne kremy oraz serum z cytryną i bursztynem ;)


FARMONA, AmberRay, Multifunkcyjne serum rozjaśniające
Serum stosuję rano, pod krem i podkład. Moja skóra jest po nim tak gładziutka, że nie mogę przestać jej dotykać ;) Przebarwienia są troszkę jaśniejsze, ale nie wiem, na ile to zasługa tego serum, a na ile kwasów. Wiem jednak, że produkt dość przyzwoicie nawilża, wygładza i zmiękcza skórę, idealnie nadaje się pod makijaż, nie zapycha i nie powoduje podrażnień. 

VIANEK, Nawilżający krem pod oczy z ekstraktem z lnu
Gdy skończył się mój ulubieniec z Resibo, jego miejsce zajęła nowość na polskim rynku, którą znalazłam w jednym z ShinyBoxów. Krem będzie zbyt delikatny dla wymagającej skóry pod oczami, ale dla mnie jest idealny. Nawilża, wygładza, delikatnie redukuje cienie i opuchliznę, a korektor nałożony bezpośrednio na ten krem wygląda dobrze i nie zbiera się w załamaniach. 

DERMIKA, Hydralogic, Krem hydra-matujący
To nowość, która dopiero pojawia się w drogeriach. Co prawda krem przeznaczony jest dla Pań w wieku 30+, a mnie trochę do trzydziestki brakuje, ale ja ograniczenia wiekowe zawsze traktuję z przymrużeniem oka :) Fajny krem na dzień, z niezłym składem, z trochę wyższej półki cenowej. Moja cera bardzo się z nim polubiła, głównie ze względu na to, że głęboko i wyraźnie nawilża, a jednocześnie matuje. Jako posiadaczka skóry mieszanej, skłonnej do nadmiernego błyszczenia, jestem zadowolona z jego działania. 


NOREL, Mandelic Acid, Tonik żelowy z kwasem migdałowym
Hit blogosfery, który sprawdził się także i u mnie. Stosuję go nie tylko na twarz, ale także na dekolt i ramiona. Nie spodziewajcie się wielkiego łuszczenia, bo stężenie kwasu to tylko 6% - to kosmetyk bardziej nawilżająco - wygładzający. Radzi sobie z przebarwieniami, świetnie wygładza, przyspiesza gojenie się wyprysków, a nawet ruszył moje zamknięte zaskórniki, co uważam za wielki sukces :) Lubię go i myślę, że zostanie ze mną na dłużej. 

GLYSKINCARE, Gentle Cleanser, Delikatny płyn do mycia twarzy
Kremowy, jedwabisty, po prostu idealny w konsystencji kosmetyk, który delikatnie (jak sama nazwa wskazuje) oczyszcza cerę i przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Drogi, ale mega wydajny i tak świetny w swym działaniu, że jestem skłonna kupić sobie drugą butelkę :) Twarz po jego użyciu nie jest ściągnięta, a przyjemnie gładka i nawilżona. Zazwyczaj po jego użyciu nakładam krok drugi - emulsję z kwasem glikolowym i mam wrażenie, że skóra wtedy mniej szczypie. 


Jeśli chodzi o włosy, zimą przeprosiłam się z kosmetykami drogeryjnymi. I wcale tego nie żałuję :) W ulubieńcach znalazł się też suchy szampon, którego zużywam już trzecie opakowanie, a także maska, którą na początku chciałam wyrzucić do kosza...


OLIVOLIO, Maska do włosów z witaminami PP i H
Bogata, gęsta, zbita konsystencja i niezbyt przyjemny zapach - tyle mogłam o niej powiedzieć na początku użytkowania. Totalnie nie sprawdziła się na moich włosach latem. Wtedy robiła mi jeden wielki puch, utrudniała rozczesywanie i wcale, ale to wcale nie odżywiała. Teraz moje włosy po jej użyciu wyglądają jak z reklamy :) Idealna, lejąca, miękka, błyszcząca tafla. Cudo!

FARMONA, Herbal Care, Szampon dziegieć
Myślałam, że to będzie zwykły szampon, dobry do zmywania olejów i głębszego oczyszczania włosów. Myślałam, że będzie wymagał dobrej maski i jeszcze lepszego serum do końców, bo będzie mi robił siano na głowie. Myślałam, że się u mnie nie sprawdzi. O, jak bardzo się myliłam :) Jedyne, co mogę mu zarzucić, to niezbyt przyjemny zapach, ale tak pachną wszystkie kosmetyki z dziegciem. Świetnie oczyszcza, koi moją łojotokową skórę, przedłuża świeżość włosów i wcale nie wysusza. Dobry do codziennego, częstego stosowania.


BATISTE, Suchy szampon, Medium & Brunette
Odkąd wróciłam do naturalnego koloru włosów, ta wersja Batiste jest ze mną na co dzień. Zużywam już trzecie jego opakowanie i uważam, że jest lepszy od wersji bez koloru :) Ma chłodny odcień ciemnego blondu, nie bieli i nie odznacza się na włosach. Nie powoduje również swędzenia skóry, co w przypadku tradycyjnych Batiste niestety się zdarzało.

ELSEVE, Olejek w kremie
Pięknie pachnący balsam w kremie, która dobrze dociąża i wygładza niesforne końce. Traktuję go jako odżywkę bez spłukiwania, która ułatwi mi rozczesywanie i pomoże ułożyć fryzurę. Nie puszy włosów, nie obciąża, a w składzie ma naturalne olejki, które nawilżają i odżywiają włosy. 

DOVE Advanced, Serum Quench Absolute
Dość drogie jak na kosmetyk drogeryjny serum, przeznaczone do loków i fal, które idealnie wygładza i nawilża włosy, a dodatkowo podkreśla skręt. Nie mam co prawda włosów kręconych, tylko falowane, ale ten produkt sprawdza się u mnie świetnie. Fale/loki są elastyczne i sprężyste, a włosy gładkie i jedwabiście miękkie. Jak na serum, butelka ma dużą pojemność (100 ml), więc uważam, że taka inwestycja się opłaca ;)


ELFA PHARM, O'Herbal, Szampon i odżywka zwiększające objętość 
Nowości od Elfa Pharm w dużych, półlitrowych opakowaniach, z całkiem fajnymi składami :) Moja wersja zwiększająca objętość ma wyciąg z arniki, który jest główną substancją aktywną. Szampon dobrze oczyszcza, jednocześnie nadając objętości i nie wysuszając włosów, a odżywka wygładza i nawilża. Wydajne, niedrogie, świeżo pachnące. Jak dla mnie OK :)


W pielęgnacji ciała królowały złuszczające, gruboziarniste peelingi, a także nawilżające, bogate masła i kremy. Zazwyczaj w takim zestawieniu nie prezentowałam żadnych kosmetyków myjących, ale teraz trafiłam na prawdziwą perełkę - musicie się o niej dowiedzieć!


LIRENE, Beauty Collection, Peeling mango i kokos
Choć kokos z nazwy jest drobnoziarnisty, to uwierzcie mi, że drobinki są naprawdę duże i ostre - w końcu to sól :) Mocne i aromatyczne zdzieraki uwielbiam, a te spełniają swoją rolę. Usuwają martwy naskórek, nie podrażniają, nie wysuszają i nie rozpuszczają się w ekspresowym tempie. Są niedrogie i łatwo dostępne - to lubię! 

PHARMACERIS E, Emolientowy żel do mycia ciała
Kosmetyk apteczny, przeznaczony do skóry bardzo suchej. Jedyny żel pod prysznic, który głęboko, widocznie nawilża i zmiękcza, jednocześnie łagodząc podrażnienia. Po kąpieli z jego użyciem nie musiałam już używać żadnego balsamu, ani masła. Skóra jest mięciutka i gładka, jak po kąpieli w olejkach. Prawdziwe zbawienie podczas mrozów, gdy skóra jest odwodniona i mega przesuszona. Jedyne, co mi się nie podoba, to jego zapach. Na szczęście nie jest wyczuwalny po spłukaniu :)


OLIVOLIO, Masło do ciała z olejem arganowym
Tak, jak moje włosy nie dogadują się z arganem, tak ciało wprost przeciwnie. Pokochałam to zbite, gęste masło, którego potrzeba naprawdę niewiele do jednokrotnego użycia. Pachnie pięknie - orientalnie, aromatycznie, naturalnie. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę odżywioną, ukojoną i głęboko nawilżoną. Idealne właśnie teraz, zimą, bo na lato może być za ciężkie i pozostawiać lepką warstwę. Pełna recenzja pojawi się na blogu niebawem :)

EVREE, Instant Help, Krem ratunek dla rąk
Kolejny hit od Evree, który mogę polecić każdej kobiecie dbającej o swoje dłonie. Teraz, gdy w pracy mam kontakt z chemią, moja skóra dłoni jest w stanie opłakanym. W połączeniu z mrozami dochodzi jeszcze uczucie szorstkości i pękanie. Instant Help poradził sobie z tym problemem w ciągu paru dni. Nawilża, łagodzi podrażnienia, uczucie ściągnięcia i szczypania, a w dodatku ładnie pachnie i ma bogaty skład.


Na koniec oczywiście kategoria najczęściej obfitująca w ulubieńców, czyli kolorówka :) Zimą mój makijaż opierał się na mocniejszym tuszowaniu rzęs, rozświetleniu cery, lekkich podkładach i ciemnych, matowych ustach. 


MAYBELLINE, Master Ink, Eyeliner w pędzelku
Tak się przyzwyczaiłam do pisaków, że już prawie zapomniałam o linerach w pędzelku. Pisakami łatwiej było mi się obsłużyć, dopóki nie trafiła do mnie nowość od Maybelline. Głęboka, smolista czerń, precyzyjny pędzelek, świetna trwałość i błyszcząca formuła sprawiły, że pisaki poszły w odstawkę :P Bardzo łatwo namalować nim równe kreski, które szybko zasychają i nie odbijają się na górnej powiece. 

FLOSLEK, Serum do rzęs Revive Lashes
Nie wiedziałam do jakiej kategorii je wrzucić, więc wylądowało tu :P Ostatnią odżywką, jakiej używałam, była ta z Realash, która skończyła mi się w maju. Do końca roku rzęsy jako tako się trzymały, ale z początkiem stycznia zaczęły wypadać. Revive Lashes zaczęło działać bardzo szybko - wypadanie ustało już po kilku użyciach, a teraz widać, że włoski są dłuższe i powoli się zagęszczają. Jak za tę cenę, naprawdę warto.

GOLDEN ROSE, Matte Lipstick Crayon
Kredki GR to prawdziwy hit ostatnich miesięcy. Bardziej kremowe od matowych pomadek tej firmy, świetnie napigmentowane i równie trwałe. Łatwiej wykonać nimi precyzyjny makijaż ust, nie wysuszają tak bardzo warg, a efekt, jaki osiągamy dzięki nim jest po prostu piękny :) Posiadam obecnie trzy kolory: 02. 11 i 13. 

KOBO, Matte Lips
Te szminki skradły moje serce głównie ze względu na śliczne, kobiece opakowania. Jakościowo również są niczego sobie - utrzymują się spokojnie kilka godzin, a gama kolorystyczna jest powalająca. Pokazywałam je na blogu w TYM poście i również się nimi zachwycałyście ;) Moimi faworytami są oczywiście Nicea i Croix, choć teraz w użyciu jest już cała szóstka.


NEAUTY MINERALS, Mineralny podkład kryjący
Nowa formuła podkładu zdecydowanie przypadła mi do gustu. Krycie jest porównywalne do Revlona CS, więc warto przyjrzeć mu się bliżej, bo jest na pewno lżejszy i zdrowszy dla skóry :) Mógłby tylko matować na dłużej, ale nie taka jego rola, więc przymykam oko.

LIRENE, Krem BB Master Blur
Kryje średnio, ale tak idealnie wygładza i matuje skórę, że jestem w nim zakochana. Jeśli potrzebuję większego krycia, bo moja cera ma gorszy okres, traktuję go jako bazę pod makijaż i również w tej roli sprawdza się świetnie :) Nie zapycha, nie wysusza, nie powoduje nadmiernego przetłuszczania się skóry. Jeśli nie macie większych problemów ze skórą, da Wam efekt photoshopa.

LIRENE, No Mask, Płynny fluid + serum
Tak, jak wyżej - krycie średnie, ale jego właściwości pielęgnacyjne sprawiły, że bardzo go polubiłam. Wygładza, nawilża, delikatnie matuje, idealnie dopasowuje się do naturalnego kolorytu cery, a gdy potrzebujemy większego zamaskowania niedoskonałości, wystarczy dodać drugą warstwę i lekko przypudrować. Przeszkadza mi tylko to, że jest bardzo rzadki, bo czasem lubi mi się wylać "przypadkowo" na spodnie... :D

WIBO, Star Glow
Polska wersja słynnych meteorytów Guerlain, która u mnie świetnie sprawdza się jako rozświetlacz. Efekt, jaki daje jest naprawdę bardzo delikatny, ale nie ma nic wspólnego z chamskim brokatem. Ładna, chłodna, jednolita, odbijająca światło tafla :)


SENSIQUE, Long Lashes
Tusz do rzęs, który ma świetną szczoteczkę i moim zdaniem to właśnie ona "robi robotę". Z jednej strony ma grzebyk rozdzielający i wyczesujący nadmiar kosmetyku, a z drugiej krótkie ząbki, docierające do najmniejszych i niewidocznych gołym okiem rzęs. Wydłuża, pogrubia i ładnie podkreśla, a przy odrobinie wysiłku możemy sobie wyczarować teatralny efekt :) Nie osypuje się i nie kruszy, a jedynie po całym dniu lekko odbija na górnej powiece. Można mu to wybaczyć, biorąc pod uwagę niską cenę.

RIMMEL, Super Curler
Po nim spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Przyzwyczajona do efektu miliona rzęs, jaki daje mi zielony kolega opisany niżej, na początku byłam rozczarowana tuszem Rimmela. Miał zastąpić zalotkę, a efekt podkręcenia jest bardzo delikatny. W ogóle efekt jest bardzo delikatny, więc nadaje się do codziennego makijażu typu "make up no make up". Taki wiecie, niby jest, ale go nie ma :D Mimo, że na początku trochę ponarzekałam, bardzo go polubiłam. Z biegiem czasu nauczyłam się z nim pracować tak, że rzęsy naprawdę wyglądały dobrze - wydłużone, podkręcone i pogrubione. 

L'OREAL, Volume Million Lashes Feline
Cudo nad cudami! Używam go od listopada i mimo, że tuszu w opakowaniu są resztki, rzęsy nim pomalowane wyglądają jak sztuczne. Podkręcona szczoteczka i olejkowa formuła sprawia, że włoski wcale nie są posklejane, a wręcz przeciwnie. Jak się postaram, to zrobię tak, że porozdzielam nim wszystkie rzęsy - wtedy mam prawdziwy wachlarz :) Nie pasuje mi w nim tylko cena regularna - mógłby być jednak tańszy.

Uff... Dobrnęliśmy do końca :) Znacie którychś z moich ulubieńców? Używacie ich? Które kosmetyki sprawdziły się u Was, a które okazały się bublami? 


Radical Med, Odżywka przeciw wypadaniu włosów + wyniki konkursu ze sklepem Skarby Syberii

Z racji, że za oknem szaro, buro i ponuro, przesyłam Wam trochę słońca przez zdjęcia zrobione parę dni temu, kiedy to jeszcze mogliśmy liczyć na (mam nadzieję, że nie ostatnie przed świętami) promienie, przedzierające się nieśmiało przez chmury :)

Jak wiecie, odkąd skusiłam się na nową wersję odżywki Jantar, która zrobiła masakrę na mojej skórze głowy, męczę się z nadmiernym wypadaniem włosów. W najgorszych momentach, przy każdym myciu dosłownie zapychałam odpływ w wannie. Włosy leciały garściami, do tego stopnia, że bałam się je rozczesać, czy umyć. Chciało mi się wyć... Próbowałam wielu sposobów, ale nie pomagało totalnie nic, dopóki przeglądając znajome blogi, nie trafiłam na wpis o serii Radical MED, która ma pomóc w pozbyciu się tego uciążliwego problemu.


Walkę z wypadaniem zaczęłam od wewnątrz. Zaczęłam jeść więcej zieleniny, piłam drożdże i łykałam suplementy diety ze skrzypem. Poprawa była, ale nadal wypadało mi dużo więcej włosów, niż zwykle. Odżywki oczywiście nie mogłam znaleźć stacjonarnie od ręki, ale udało mi się znaleźć aptekę, która mi ją zamówiła. Kosztuje niedużo, bo ok. 14-15 zł/200 ml, a wcierki o takiej pojemności wystarczają mi zazwyczaj na jakieś 2 miesiące użytkowania (co 2 dni, po każdym myciu).

Opakowanie z pompką jest dla mnie dużym ułatwieniem, bo atomizer bez problemu rozpyla płyn bezpośrednio na skórę. Dla porównania, wspomniana wcześniej odżywka Jantar, wylewa losowe ilości kosmetyku nie tylko na skórę, ale też na podłogę, ubrania i inne części ciała... Wcierka jest rzadka, koloru lekko żółtego, o zapachu ziołowo-słodkim, ale słabym i prawie niewyczuwalnym po aplikacji.


W składzie znajdują się: woda, hydrolizat keratyny, glikol propylenowy, butylenowy oraz dipropylowy, ekstrakt ze skrzypu polnego, pantenol, modyfikowany politlenkiem etylenu olej rycynowy, kwas oleanolowy, modyfikowany biotyną tripeptyd, inulina, filmformer, betaina kokamidopropylową (łatwiejsze zmywanie, utrzymanie emulsji), kompozycja zapachowa i konserwanty. 

Wcierki używałam tylko na skalp (chociaż na opakowaniu napisane jest, żeby używać jej też na długość włosów), bo najzwyczajniej w świecie było mi jej szkoda - tym bardziej, że już po 2-3 tygodniach widziałam pozytywne efekty. Psikałam się nią po myciu, gdy włosy były jeszcze wilgotne i delikatnie wmasowywałam, aby szybciej się wchłonęła. 

Oprócz tego, że delikatnie przyspieszyła przetłuszczanie się włosów u nasady, efekty towarzyszące używaniu tej odżywki są jak najbardziej pozytywne. Ograniczyła wypadanie włosów do minimum, uspokoiła swędzący skalp, a także spowodowała wysyp malutkich baby hair, które są widoczne zwłaszcza wtedy, gdy zaczesuję włosy do góry :)

Nie wiem co takiego wspaniałego jest w jej składzie, ale wypadające włosy nareszcie nie zapychają odpływu i już nie boję się ich dotykać - wszystko wróciło do normy. Używam jej już ponad miesiąc, a w butelce zostało jeszcze jakieś 30% zawartości, więc wydajność jak najbardziej na plus. Zdecydowanie polecam, jeśli macie problemy podobne do moich. Pamiętajcie jednak, żeby zrobić próbę uczuleniową, bo możecie zrobić sobie na głowie takie kuku, jak ja Jantarem!

_______________________________________
A teraz najprzyjemniejsza częśc posta, czyli wyniki konkursu ze Skarbami Syberii. Vouchery o wartości 50 zł do wykorzystania w sklepie zgarniają:



Gratuluję! Już wysyłam Wasze maile do firmy :) A pozostałych zapraszam do śledzenia mojego bloga, bo za parę dni będę miała dla Was kolejne prezenty.


Farmona, Peeling cukrowy do ciała Lawendowe ukojenie

Świąteczne przygotowania już za mną, mogę nareszcie korzystać z pięknej pogody za oknem. Robienie zdjęć w plenerze jest zdecydowanie bardziej przyjemne, niż próby złapania dobrego światła w mojej ciemnej kawalerce :P Dziś będzie o peelingu cukrowym od Farmony - kosmetyku, który gościł już na wielu blogach i szybko stał się hitem.

Peelingi to dla mnie rzecz niemalże niezbędna, szczególnie teraz, wiosną, gdy skóra potrzebuje głębokiej regeneracji i odżywienia. Zazwyczaj sięgam po peelingi solne i cukrowe - uważam, że są dość mocne i dobrze usuwają martwy naskórek. Zapach nie odgrywa kluczowej roli, ale jak już mi się bardzo spodoba, to mogłabym peelingować się godzinami ;) Tak było w przypadku Lawendowego Ukojenia.



Zacznę może tradycyjnie, od opakowania. Szklany, przezroczysty, dość ciężki słoik z metalową zakrętką, która nie sprawiała problemów przy odkręcaniu. Etykieta jest piękna, czytelna i przejrzysta, a sztuczny kwiatek u góry słoika zdecydowanie dodaje mu uroku i w niczym nie przeszkadza - ładnie i praktycznie ;) Peeling dodatkowo jest zabezpieczony folią, dzięki czemu mamy pewność, że kosmetyk jest świeży i "niemacany". Nie ma to znaczenia przy właściwościach peelingu, ale lubię, gdy coś cieszy oczy i ładnie wygląda na półce.




Zapach lawendy jest jednym z moich ulubionych. W tym przypadku mocny, wyraźny i lekko słodki, dość długo utrzymuje się na skórze. Sam peeling jest gęsty, treściwy, dobrze rozprowadza się na skórze. Nie trzeba jej wcześniej nawilżać, raczej odradzałabym to, bo w połączeniu z wodą kryształki cukru dość szybko się rozpuszczają i nie szorują tak mocno, jak powinny. Skład? Świetny. Dość wysoko jest olejek lawendowy, drobinki orzechów macadamia i masło Shea, ale... Na pierwszym miejscu parafina. Nie jestem zaciekłą przeciwniczką parafiny w kosmetykach, jednak w tym przypadku wyczuwam wyraźny efekt nawilżenia i wygładzenia skóry i nie wiem którym składnikom go zawdzięczam - olejkom, czy właśnie parafinie. 


Skóra po użyciu Lawendowego Ukojenia jest idealnie gładka, miękka w dotyku i nawilżona - tak, że nie muszę już używać balsamu. Z wydajnością jest nieźle - używam go od paru tygodni dość często, a nie ubyło nawet pół opakowania. Biorąc pod uwagę solidnie wykonany słoik i ozdobne kwiatki, a także dość dobry skład (pomijając tę nieszczęsną parafinę), cena nie jest wygórowana - 200ml peelingu kosztuje ok. 25 zł. Pachnie świetnie! Jeżeli lubicie lawendę i szukacie dobrego zdzieraka, który przy okazji nawilży skórę, polecam ;)

A korzystając z okazji, chciałam Wam życzyć spokojnych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze :* Odpocznijcie i naładujcie baterie! :)



AddThis