Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty

DERMEDIC Hydrain3 Hialuro, peeling enzymatyczny do skóry suchej i odwodnionej

Złuszczanie martwego naskórka to obowiązkowy etap pielęgnacji każdego rodzaju cery. Jaki peeling wybrać? Przyznam się, że ja do tej pory sięgałam tylko po peelingi mechaniczne. Jedne w 100% naturalne, drugie trochę mniej - sprawdzały się, póki nie zaczęłam kuracji retinoidami, a potem kwasów. Cera była sucha, wrażliwa, skłonna do podrażnień, a każde, nawet najmniejsze, mechaniczne tarcie, wzmagało objawy. Postanowiłam przerzucić się na peelingi enzymatyczne. Szukałam, szukałam, aż w końcu znalazłam. Mojego starego, dobrego przyjaciela marki Dermedic. Seria Hydrain3 Hialuro, uwielbiana przez blogerki, mnie w 90% nieznana.
   

Po raz pierwszy miałam z tym kosmetykiem do czynienia już parę lat temu, gdy dostałam go w którymś z archiwalnych pudełek ShinyBox. Wtedy nie było miłości - owszem, sprawdzał się, ale nie na tyle, żebym używała go regularnie. Skończyło się na tym, że ponad pół tubki musiałam wyrzucić, bo peeling się przeterminował. Teraz, gdy mam troszkę inną cerę, nie wyobrażam sobie pielęgnacji twarzy bez jego udziału. Dlaczego? O tym za chwilkę.

Zacznijmy od opakowania. Ot, taka sobie tubka o pojemności 50 ml. Pudełko eleganckie, solidne, z różnymi wypustkami i bzdetami, zabezpieczającymi nasz peeling przed uszkodzeniem. Wszystko oczywiście zaklejone, dzięki czemu wiemy, że kosmetyk nie był wcześniej otwierany i macany przez wścibskie łapska (zaznaczam, że kupiłam go w aptece). Tubka jest miękka, a sam peeling gęsty i treściwy, co niestety zmusza nas do przecięcia opakowania, gdy kosmetyk już się kończy. No, chyba że ktoś lubi marnować dobre produkty :)


Jak go używam? Nakładam sobie tę maź na me piękne lico raz, dwa razy w tygodniu, w zależności od tego, jak duży mam przesusz. A uwierzcie mi, że przy kwasach przesusz występuje często. Szkoda, że nigdy nie wiem, kiedy zacznę się łuszczyć i zdarza mi się iść do pracy z odstającymi od czoła po brodę skórkami. No, ale nie o tym ;)

Tak jak pisałam wcześniej, peeling ma gęstą, treściwą konsystencję, która jednak łatwo i równomiernie rozprowadza się na twarzy. Zapach? Taki trochę ogórkowy, jak podczytałam na innych blogach. Dla mnie on pachnie szpitalem, ale mnie żaden zapach nie zrazi. Dla mnie olejek pod prysznic z Isany pachnie kwiatkami, a nie rybą, jak to mówio w internetach. W każdym razie, szpitalna woń ginie po paru minutach od nałożenia, a ja siedzę 15-20 minut i czekam, aż moja buźka będzie gładka jak pupcia niemowlaka. 


Podczas tych parunastu minut czuć na twarzy lekkie mrowienie i swędzenie, ale to znak, że peeling jednak działa. U mnie taki efekt występował na początku stosowania (nie był jednak nieprzyjemny), potem już nie czułam nic, oprócz delikatnego chłodku. Po upływie określonego przez producenta czasu nie zmywam pozostałości żelem, ani wodą, a ściągam nadmiar kosmetyku za pomocą wacika lub gąbki. Efekt? Nieskazitelnie gładka, idealnie nawilżona i miękka skóra. Taka, jak po użyciu dobrze szorujących, mechanicznych peelingów, tyle tylko, że bez podrażnień i uczucia ściągnięcia.  


Warto wspomnieć o składzie, w którym główną rolę odgrywają kwas glikolowy, l-arginina, kwas hialuronowy, mocznik, gliceryna i alantoina.  Jak dla mnie, jest to najlepszy peeling enzymatyczny, jaki do tej pory miałam w swoich zasobach. Sprawdzi się na każdym rodzaju cery, od suchej, przez mieszaną, aż po tłustą. Nie podrażnia, nie uczula, świetnie spełnia swoją rolę, a w dodatku nawilża i wygładza. Czego chcieć więcej? Za tę cenę (20-25 zł) naprawdę warto spróbować ;)
  

Purite, Scrub mandarynka + grejpfrut

Czy są tu jakieś fanki peelingów? Ja jestem prawdziwą peelingową maniaczką... :D Moi domownicy śmieją się, że chyba je zjadam, bo wszystkie znikają z prędkością światła. Peelingi to świetne rozwiązanie dla osób "gruboskórnych", takich jak ja, ze skórą suchą, nielubiących się codziennie maziać balsamami i masłami, szczególnie latem, gdy temperatury za oknem nie sprzyjają szybkiemu wchłanianiu się kosmetyków. 

Jakiś czas temu na fanpage'u sklepu Blisko Natury udało mi się wygrać peeling, w którym zakochałam się od pierwszego użycia! :) Mowa o scrubie nowej na polskim rynku marki Purite, produkującej naturalne, organiczne i ekologiczne kosmetyki, których dobroczynne działanie czuć już przez opakowanie! 

A skoro już przy opakowaniu jesteśmy, mam Wam do przekazania ważną rzecz :) Marka Purite dba o ochronę środowiska, dlatego zorganizowała akcję polegającą na ponownym wykorzystaniu opakowań po ich kosmetykach. Są to szklane słoiczki, które łatwo umyć - potem wysyłamy je na adres firmy, a w zamian dostajemy zwrot kosztów wysyłki w postaci bonu, a także 10% rabatu na zakupy w sklepie. Inne marki powinny brać z nich przykład! :)



Co mnie tak urzekło w tym scrubie, że pokochałam go od pierwszego użycia? Już Wam mówię :)

Przede wszystkim, pierwsze co mnie "uderzyło" zaraz po odkręceniu wieczka, to piękny zapach. Nie jest typowy dla peelingów drogeryjnych. Nie każdemu może się spodobać, ale czuć w nim naturę :) Połączenie naturalnych składników z olejkami eterycznymi tworzy niesamowitą woń, która podczas kąpieli jest prawdziwą ucztą dla zmysłów. 

Po drugie - rzadko spotykana w peelingach konsystencja. Bazą tego scrubu jest gruboziarnista sól z Morza Martwego, która pełni funkcję dość mocnego zdzieraka :) Produkt w zależności od temperatury jest albo zbity, albo półpłynny - aktualnie nie było dane mi go zobaczyć w tej gęstszej postaci. Produkt nie ma jednolitej konsystencji, więc przed użyciem warto go wymieszać. Jeśli miałyście kiedyś do czynienia z peelingami solnymi od Organique, pewnie wiecie o co mi chodzi. Na wierzchu zbierają się oleje, a na dno słoiczka opada sól, które trzeba ze sobą połączyć. 

No i na koniec najważniejsze, czyli świetne, wspaniałe i cudne działanie! :) Na początku jest ostro - drobiny soli są grube i nie każdy może je polubić (ja je kocham :D). Pod wpływem ciepłej wody rozpuszczają się i przyjemnie masują ciało, dokładnie zdzierając martwy naskórek. Potem sól całkowicie się rozpuszcza, a po spłukaniu na skórze zostają same olejki, które sprawiają, że po kąpieli nie muszę używać już żadnego balsamu. Ciało jest nawilżone i natłuszczone, skóra miękka , gładka i pachnąca, a efekt ten utrzymuje się nawet do 2-3 dni po wykonaniu peelingu!



Nie będę pisała o wydajności - dla mnie każdy scrub jest niewydajny, bo używam ich bardzo często, ale myślę, że powinnyście być zadowolone. Peeling Purite jest idealnym rozwiązaniem dla leniuchów, które nie lubią codzienie nawilżać swojego ciała :) Skład ma w 100% naturalny, świetnie radzi sobie ze zdzieraniem i odżywianiem skóry, cudnie pachnie. Czego chcieć więcej? :) Niech was nie przeraża jego cena (39,90zł), bo bywają droższe scruby, a z pewnością nie są lepsze od tego. 

Czujecie się skuszone?


Zapach Świąt - Jardins de Provence, Apple & Cinnamon Body Scrub

Należę do osób, które lubią się otaczać słodkimi, ładnymi zapachami. Należę też do osób uzależnionych od peelingów do ciała. W moim przypadku słodki zapach + peeling do ciała = totalne must have. Podczas przedświątecznych zakupów w kochanej Biedronce, gdzieś pomiędzy słodyczami, karpiem, a bakaliami, znalazłam peeling do ciała o zapachu jabłka i cynamonu. Owocowo-słodki zapach było już czuć przez wieczko, więc bez zastanowienia wrzuciłam go do koszyka.


Z tej serii oprócz peelingu, można było wybrać sobie (o ile dobrze pamiętam) kapsułki do kąpieli, żel pod prysznic, sól do kąpieli i masło do ciała, wszystko po 9,99zł. Wersje zapachowe były tylko dwie - oprócz jabłka i cynamonu, na półce znalazłam wanilię i argan.

Bardzo spodobało mi się opakowanie peelingu. Jest podobne do tych z Organique - plastikowy słoiczek z metalową zakrętką, pod spodem zabezpieczony folią, opatrzony minimalistycznymi, eleganckimi etykietami, o pojemności 200 ml. Wygodny, poręczny, ładny :)


Najważniejszy w peelingu, oczywiście oprócz właściwości, jest rzecz jasna zapach. A ten jest wspaniały. Baaaardzo wyraźnie czuć w nim jabłko. Świeże, soczyste, lekko kwaśne, zerwane prosto z drzewa. Potem dopiero przez jabłko przebija się cynamon, nadając całej kompozycji trochę orientalnego, korzennego charakteru. Kojarzy mi się ze świąteczną szarlotką - ta, którą robiłam dwa dni temu, pachniała dokładnie tak samo. I choć niektórzy twierdzą, że ten peeling pachnie jak tani jabol (pozdrawiam :D), to mnie się wydaje, że czuć w nim Święta :) 


Jeżeli chodzi o właściwości pielęgnacyjno-zdzierające, ogólnie rzecz biorąc nie mam zastrzeżeń. Peeling jest gęsty, trochę galaretowaty, zbity, ale mimo tego dobrze się rozprowadza i nie przecieka przez palce. Drobinki cukru są wystarczająco ostre i bez problemu radzą sobie z usunięciem martwego naskórka. Skóra po jego użyciu jest gładka, miękka w dotyku i lekko nawilżona. Mam jednak wrażenie, że to może być zasługa parafiny, która niestety, jest tu na pierwszym miejscu w składzie. Nie czuć jednak typowej dla parafiny, klejącej warstwy. To zdecydowany plus.



W składzie, oprócz wspomnianej wcześniej parafiny i cukru, które są głównymi składnikami kosmetyku, znajdziemy również olej słonecznikowy i masło Shea. Nie jest więc tak źle, jak na peeling za 10 zł bez grosza :)

Body Scrub z Biedronki nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, porównując go do kolegów z tej samej półki cenowej, jeżeli chodzi o właściwości. Dobrze zdziera i tyle. Jednak zapach, który zdecydowanie kojarzy mi się ze świeżo upieczoną szarlotką i świętami, rekompensuje mi średni skład i przeciętne działanie :) Zdecydowanie warto go kupić - za takie pieniądze się opłaca. Ciekawi mnie jeszcze wanilia i argan, ale nie wiem, czy jeszcze go gdzieś znajdę.

Próbowałyście jakichś kosmetyków z tej serii? Jak Wam się podoba zapach? 


SYLVECO, Oczyszczający peeling do twarzy z korundem

Jeżeli chodzi o mechaniczne peelingowanie twarzy, można by rzec, że jestem zielona. Wcześniej nie używałam takowych - w mojej łazience królowały peelingi enzymatyczne. Teraz mam dwa dość fajne, zwykłe zdzieraki z drobinkami i używam ich na zmianę ;) Oba polubiłam na tyle, że zasłużyły sobie na honorowe miejsce na moim blogu :P Dziś o jednym z nich - Oczyszczającym peelingu do twarzy z korundem marki SYLVECO.


SYLVECO poznałam dzięki czerwcowej edycji ShinyBoxa - pisałam to już wcześniej, ale muszę wspomnieć jeszcze raz. Zaczęło się od pomadki, a skończyło na tym, że obecnie większość moich kosmetyków pielęgnacyjnych do twarzy to właśnie ta polska, naturalna marka :) Wcześniej nie śledziłam nowości, jakie pojawiają się w ich sklepie on-line, ale gdy na którymś z blogów zobaczyłam peelingi z korundem, zapragnęłam mieć jeden z nich. Bez zastanowienia kliknęłam wersję oczyszczającą, bo właśnie ona jest przeznaczona do skóry mieszanej, tłustej, problematycznej - takiej jak moja.


Podziwiam markę Sylveco za opakowania. Są proste, ładne, czytelne i zawierają opisy najważniejszych, naturalnych składników danego kosmetyku - dzięki temu wiemy, co jest w środku. Sam peeling jest zamknięty w plastikowym słoiczku o pojemności 75 ml, z metalową, elegancką zakrętką. Kojarzy mi się to z kosmetykami Organique, które swoją drogą też bardzo lubię.

Po odkręceniu słoiczka, urzekła mnie świeża, ziołowa woń olejku z liści drzewa herbacianego. Cudo! W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że to peeling. Ma gęstą, masłowo-kremową, jedwabistą konsystencję, typową dla balsamów lub kremów. Spojrzałam jeszcze raz na opakowanie - no zgadza się, peeling. Uwierzyłam dopiero, gdy nałożyłam go na twarz :)


Niech Was nie zwiedzie jego wygląd, bo tak naprawdę jest dość ostrym, ale jednocześnie delikatnym zdzierakiem. Dlatego na opakowaniu jest wzmianka, że nie należy go używać w przypadku zaognionych objawów trądziku - bardziej mogłoby to zaszkodzić, niż pomóc. Stosowałam się do tego zalecenia i używałam peelingu tylko wtedy, gdy wszystkie zmiany były wygojone.

Drobinki korundu są niewidoczne gołym okiem i bardzo maleńkie - czuć je dopiero, gdy zaczniemy masować twarz. Producent zaleca, aby nałożyć kosmetyk na zwilżoną skórę twarzy, masować 2 minuty i zmyć ciepłą wodą. Ja, patrząc na skład, czasem po masażu zostawiałam go jeszcze na skórze kilka minut, robiąc w ten sposób "pseudo-maseczkę", aby naturalne składniki lepiej się wchłonęły. 


Skoro już przy składzie jesteśmy, spójrzmy, co tutaj mamy: Woda,  Korund,  Olej sojowy,  Masło karite (Shea),  Gliceryna,  Triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego,  Stearynian glicerolu, Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Olej z pestek winogron,  Ekstrakt ze skrzypu polnego,  Wosk pszczeli,  Alkohol cetylowy,  Alkohol benzylowy,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy, Olejek z drzewa herbacianego. Ogólnie rzecz biorąc, nie mam zastrzeżeń, ale olejek z drzewa herbacianego mógłby być trochę wyżej, niż na ostatnim miejscu ;)

I jeszcze raz spójrzcie na to pudełko, czyż nie jest piękne?


Jeżeli chodzi o działanie, jestem pozytywnie zaskoczona (jak zwykle przy kosmetykach Sylveco :P). Twarz po użyciu peelingu jest dobrze oczyszczona, gładka i miękka w dotyku. Przy regularnym stosowaniu (2-3 razy w tygodniu) zauważyłam, że pory są mniej widoczne, zaskórników dużo mniej, a koloryt cery jest wyrównany. Oprócz oczyszczania, ze względu na olej sojowy i masło Shea, peeling lekko nawilża i odżywia skórę. 

Na stronie producenta peeling kosztuje ok. 18 zł, ja kupowałam go w aptece internetowej, za parę złotych mniej :) Warto też zwracać uwagę na zestawy promocyjne - przed świętami jest ich multum, a zawsze można zaoszczędzić. Oczyszczający peeling z korundem polecam: posiadaczkom cer mieszanych i tłustych, zanieczyszczonych, z zaskórnikami, ale bez trądziku. Dobrze oczyszcza i pozwala się pozbyć większości problemów, ale w przypadku ropnych zmian, może roznosić zarazki po całej twarzy i pogorszyć jej stan.


A teraz czas na wyniki rozdania z chusteczkami JELID, o którym na śmierć zapomniałam - dobrze, że co jakiś czas przeglądam archiwum bloga :) Zgłosiło się Was dużo i jak zwykle chciałabym obdarować wszystkie dziewczyny, ale Mikołajkowy prezent dostanie ode mnie...

Gratuluję serdecznie! Proszę Cię o przesłanie mi swojego adresu do wysyłki na maila justynamietus@gmail.com. Paczuszkę postaram się wysłać w poniedziałek lub wtorek :) 


Ulubiony zdzierak na lato - Bielenda, Cukrowy peeling do ciała Zmysłowa Wiśnia

Nie wiem, jak kiedyś mogłam obejść się bez peelingów - wystarczała mi zwykła gąbka i żel pod prysznic, nie potrzebowałam dodatkowego złuszczania. Może moja skóra była wtedy mniej wymagająca, a może też nie miałam tak dużego pojęcia o pielęgnacji skóry, jak teraz? Nie wiem, ale na chwilę obecną mogę spokojnie powiedzieć, że peelingi do ciała są w mojej pielęgnacji obowiązkowym punktem i zużywam je w tempie ekspresowym ;) Najbardziej lubię te gęste, zbite, z dość ostrymi drobinkami peelingującymi, najlepiej o pięknym, owocowym zapachu.


Jakiś czas temu w sklepach pojawiła się nowa seria owocowych peelingów do ciała marki Bielenda, w trzech wersjach zapachowych: Troskliwa Brzoskwinia, Zmysłowa Wiśnia i Soczysta Malina. Padło na wiśnię, wzbogaconą olejem z czarnej porzeczki ;) Według producenta, peeling skutecznie wygładza, zmiękcza i odnawia naskórek, poprawia mikrokrążenie, ujędrnia i uelastycznia skórę. Za pudełko o pojemności 200g, zapłacimy około 15 zł. 


Jeżeli już o pudełku mowa, jest.. Piękne! Nie wiem dlaczego, ale szata graficzna bardzo przypadła mi do gustu. Same przyznajcie, że wiśnie w kształcie serc na etykietach naprawdę wyglądają kusząco? :) Pod zakrętką dodatkowo znajduje się folia zabezpieczająca, więc kupując taki peeling mamy pewność, że wcześniej nikt go nie ruszał. Wydobywanie peelingu z takiego zakręcanego pudełko-słoiczka jest wygodne i nie sprawiało mi problemu. 

Zmysłowa Wiśnia zdecydowanie należy do peelingów gęstych, zbitych i dość ostrych. Bez problemu rozprowadza się na zwilżonej skórze, a każde jego użycie jest czystą przyjemnością, ze względu na oszałamiająco piękny zapach! Wyraźnie czuć w nim świeże wiśnie, ale zaraz po kontakcie ze skórą, wybija się też wspomniany wcześniej olej z czarnej porzeczki. Pierwszy raz spotykam się z takim połączeniem, ale przyznam, że baaardzo przypadło mi do gustu. Jest soczyste, mocno owocowe i dodaje energii na resztę dnia. 


Skóra po użyciu tego peelingu jest wygładzona i miękka w dotyku. Przy dłuższym stosowaniu widać też poprawę jędrności - to na plus ;) Tak, jak pisałam wcześniej, jest to raczej mocny zdzierak, więc posiadaczki wrażliwej skóry powinny uważać, żeby nie nabawić się podrażnień. Dla mnie jest idealny, bo lubię mocne szorowanie - wtedy mam pewność, że cały martwy naskórek został usunięty, a skóra lepiej ukrwiona i pobudzona do regeneracji.

Jedynym minusem może być skład, który jest typowy dla peelingów drogeryjnych - cukier, zaraz za nim nieszczęsna parafina, krzemionka, uwodorniony olej rycynowy, olej z czarnej porzeczki, polietylen, substancje zapachowe i barwniki. Mimo zawartości parafiny, nie zauważyłam jednak, żeby peeling zostawiał lepki, tłusty film na skórze. Z wydajnością jest średnio, bo lubię za jednym zamachem wypeelingować się cała i wtedy słoik bardzo szybko sięga dna, ale u mnie to norma ;)


A dlaczego zyskał miano ulubionego peelingu na lato? Głównie ze względu na piękny, owocowy, soczysty zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze i pozytywnie mnie nastraja. Ale oprócz zapachu, wyróżnia się na tle innych peelingów całkiem dobrymi właściwościami - radzi sobie z usunięciem martwego naskórka, wygładza i ujędrnia skórę. Uważam, że warto spróbować, bo cena wcale nie jest wysoka :) 

Znacie Zmysłową Wiśnię? A może próbowałyście innych wersji zapachowych?


Farmona, Peeling cukrowy do ciała Lawendowe ukojenie

Świąteczne przygotowania już za mną, mogę nareszcie korzystać z pięknej pogody za oknem. Robienie zdjęć w plenerze jest zdecydowanie bardziej przyjemne, niż próby złapania dobrego światła w mojej ciemnej kawalerce :P Dziś będzie o peelingu cukrowym od Farmony - kosmetyku, który gościł już na wielu blogach i szybko stał się hitem.

Peelingi to dla mnie rzecz niemalże niezbędna, szczególnie teraz, wiosną, gdy skóra potrzebuje głębokiej regeneracji i odżywienia. Zazwyczaj sięgam po peelingi solne i cukrowe - uważam, że są dość mocne i dobrze usuwają martwy naskórek. Zapach nie odgrywa kluczowej roli, ale jak już mi się bardzo spodoba, to mogłabym peelingować się godzinami ;) Tak było w przypadku Lawendowego Ukojenia.



Zacznę może tradycyjnie, od opakowania. Szklany, przezroczysty, dość ciężki słoik z metalową zakrętką, która nie sprawiała problemów przy odkręcaniu. Etykieta jest piękna, czytelna i przejrzysta, a sztuczny kwiatek u góry słoika zdecydowanie dodaje mu uroku i w niczym nie przeszkadza - ładnie i praktycznie ;) Peeling dodatkowo jest zabezpieczony folią, dzięki czemu mamy pewność, że kosmetyk jest świeży i "niemacany". Nie ma to znaczenia przy właściwościach peelingu, ale lubię, gdy coś cieszy oczy i ładnie wygląda na półce.




Zapach lawendy jest jednym z moich ulubionych. W tym przypadku mocny, wyraźny i lekko słodki, dość długo utrzymuje się na skórze. Sam peeling jest gęsty, treściwy, dobrze rozprowadza się na skórze. Nie trzeba jej wcześniej nawilżać, raczej odradzałabym to, bo w połączeniu z wodą kryształki cukru dość szybko się rozpuszczają i nie szorują tak mocno, jak powinny. Skład? Świetny. Dość wysoko jest olejek lawendowy, drobinki orzechów macadamia i masło Shea, ale... Na pierwszym miejscu parafina. Nie jestem zaciekłą przeciwniczką parafiny w kosmetykach, jednak w tym przypadku wyczuwam wyraźny efekt nawilżenia i wygładzenia skóry i nie wiem którym składnikom go zawdzięczam - olejkom, czy właśnie parafinie. 


Skóra po użyciu Lawendowego Ukojenia jest idealnie gładka, miękka w dotyku i nawilżona - tak, że nie muszę już używać balsamu. Z wydajnością jest nieźle - używam go od paru tygodni dość często, a nie ubyło nawet pół opakowania. Biorąc pod uwagę solidnie wykonany słoik i ozdobne kwiatki, a także dość dobry skład (pomijając tę nieszczęsną parafinę), cena nie jest wygórowana - 200ml peelingu kosztuje ok. 25 zł. Pachnie świetnie! Jeżeli lubicie lawendę i szukacie dobrego zdzieraka, który przy okazji nawilży skórę, polecam ;)

A korzystając z okazji, chciałam Wam życzyć spokojnych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze :* Odpocznijcie i naładujcie baterie! :)



SPA w stylu Pin Up - Perfecta Pin Up, Sugar Baby

Styl pin-up powrócił. Przy wszechobecnej modzie na czerwone usta i oczy podkreślone czarną kreską, firmy kosmetyczne nie pozostają w tyle. Marka Perfecta wypuściła więc na rynek 3 zestawy kosmetyków z serii Pin-Up: Sugar Baby, Miss Marine i Lady Berry.
Bardzo chciałam wypróbować różową wersję peelingu i kremu do ciała. Producent zapewniał bowiem, że pachną one landrynkami i watą cukrową. Uwielbiam słodkie zapachy, więc ta kompozycja wydawałaby się być idealna.


Niestety, ani waty cukrowej, ani landrynek tam nie czuć. Balsam i peeling rzeczywiście są perfumowane, bo właśnie to przypomina mi woń kosmetyków - perfumy za 10 zł od chińczyka... Słodkie, dość ładne, ale z biegiem czasu uciążliwe i duszące, przyprawiające o ból głowy, w mig ulatniające się ze skóry. Spodziewałam się cukierkowej bomby, a mam.. bombę chemicznego smrodku. Żałuję, że w sklepie nie otworzyłam opakowania i nie powąchałam - nie byłabym tak mocno rozczarowana.

Za to strasznie podobają mi się opakowania, zarówno Sugar Baby, jak i dwóch pozostałych "koleżanek". Są słodkie, kobiece i... świetnie prezentują się na półce :) Oprócz tego są praktyczne i łatwo z nich wydobywać kosmetyki.


Zostawmy zapach, który jest de facto najważniejszy w kosmetykach do pielęgnacji ciała, a przejdźmy do właściwości. Krem jest dość rzadki, ale dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Skóra jest gładka i wyraźnie nawilżona, ale efekt nie jest długotrwały, już po paru godzinach musiałabym go użyć ponownie.

Peeling natomiast bardzo ładnie wygląda (żałuję, że nie zrobiłam zdjęć ;(...) - pudroworóżowa maź z niewielką ilością różowych, czarnych i białych drobinek. No ok, ale nie wygląd się liczy, a działanie. Nazwałabym go raczej żelem peelingującym, bo do zdzieraka mu daleko. Jest baaaaardzo delikatny, prawie niewyczuwalny, a żeby dobrze usunąć martwy naskórek, trzeba go zużyć dużo i nieźle się przy tym napracować. Szkoda, bo myślałam, że chociaż peeling będę mogła zużyć, nie zwracając uwagi na zapach.


Sugar Baby miała być moją przyjaciółką, a jest... wielkim rozczarowaniem. Szkoda, że producent rzeczywiście nie zrobił czegoś, co by pachniało jak wata cukrowa i landrynki, bo wtedy na pewno kupiłabym peeling i krem chociażby ze względu na sam zapach, pomijając właściwości. A perfumy, którymi pachnie różowa Pin-Up wcale mi się nie podobają i całe szczęście, że szybko ulatniają się ze skóry..

Ceny:
Perfumowany peeling -18zł/250ml,
Perfumowany krem - 16zł/250 ml


Delikatny peeling do twarzy Imbir&Sakura, Organic Shop

Tak się złożyło, że dzisiaj znowu piszę Wam o peelingu do twarzy. Tym razem nie zrobiłam sobie z niego maseczki :P
Przez niego zapałałam szczerą miłością do rosyjskich kosmetyków. Delikatny, kremowy, skuteczny, a jego zapach podczas każdej aplikacji przenosi do kraju kwitnącej wiśni.. O czym mowa? O Delikatnym Peelingu do twarzy Imbir & Sakura, marki Organic Shop.


Oczywiście zacznę od opakowania, które w tym przypadku bardzo przypadło mi do gustu. Proste, zawiera najważniejsze informacje, praktyczne, no i ten róż.. :) Tubka jest miękka, a otworek ma odpowiednią wielkość, co sprawia, że zawsze możemy wydobyć z opakowania tyle produktu, ile potrzebujemy. Nic nie wycieka, nic nie pryska, nie musimy grzebać paluchami w środku - pełna higiena.


Drugą kwestią jest zapach. Na opakowaniu jest napisane "Imbir i Sakura". Ale, kurde, co to jest ta sakura?.. Zapytałam Was w poście, w którym prezentowałam przesyłki i już wiem. Sakura to japońska wiśnia. Spodziewałam się owocowego, wyrazistego, wiśniowego zapachu, za którym powiem szczerze, niespecjalnie przepadam. Na szczęście peeling pachnie bardzo słodko, a słodkie wonie uwielbiam. Przypomina mi zapach wiśniowego jogurtu :) W każdym razie strasznie mi się spodobał, a co za tym idzie, każda aplikacja peelingu na twarz była dla mnie przyjemnym rytuałem.


Peeling ma fajny skład, nie zawiera parabenów, SLS i silikonów, co dla mnie jest ważne, bo przy mojej kapryśnej cerze te składniki raczej nie są mile widziane w scrubach. Konsystencja jest jedwabiście gładka, kremowa, nie za gęsta, nie za rzadka - idealna! Drobinki peelingujące są naprawdę malutkie i delikatne, na pierwszy rzut oka w ogóle ich nie widać, ujawniają się dopiero przy masowaniu twarzy.


No, ale najważniejszą rzeczą jest działanie. Scrub delikatnie oczyszcza skórę, wygładza, rozjaśnia i nawilża. Cera po jego użyciu wygląda świeżo i zdrowo, pory są mniej widoczne. Jest naprawdę delikatny, więc nie ma mowy o żadnych podrażnieniach. Spełnia jednak swoją rolę - usuwa suche skórki, dobrze ściera martwy naskórek. Twarz po jego użyciu lepiej radzi sobie z wchłanianiem kremów, jest odżywiona i "pobudzona" do działania :)

Peeling o przepięknym zapachu i naturalnym składzie stał się moim ulubieńcem i używam go codziennie. Tubka o pojemności 75 ml jest stosunkowo mała, ale nie martwcie się, produkt jest wydajny i spokojnie posłuży Wam przez co najmniej miesiąc.

Możecie go kupić w sklepie Skarby Syberii, w cenie 12,90, więc wcale niedużo :) Link poniżej.
http://skarbysyberii.pl/pl/240-delikatny-peeling-do-twarzy-imbir-i-sakura--4680007211942.html


Znacie tę markę?
Miałyście peeling do twarzy z Organic Shopu?


AddThis