Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konturowanie twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konturowanie twarzy. Pokaż wszystkie posty

Konturowanie twarzy z Lirene

Choć profesjonalistką nie jestem, to  lubię się malować i myślę, że wychodzi mi to całkiem okej ;) Z racji, że w moje ręce wpadły nowości makijażowe marki Lirene, chciałam Wam pokazać, jak te wszystkie produkty wyglądają na twarzy. Nie ukrywam, że dzisiejszy post jest postem konkursowym, którego tematem jest konturowanie twarzy, a że lubię takie wyzwania, chętnie wzięłam w nim udział. Niby konturowanie nic trudnego, ale jednak trzeba się trochę nagimnastykować, żeby osiągnąć fajny efekt. A ja postaram się Wam pokazać, jak robić to poprawnie ;) 


Do makijażu twarzy użyłam tylko i wyłącznie produktów Lirene, widocznych na zdjęciach. Bazę i pudry testuję już dłuższy czas i z ręką na sercu mogę je Wam polecić, natomiast z korektorem i podkładem dopiero się "docieramy", ale pierwsze wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Pod każdym etapem powstawania makijażu znajdziecie krótki opis, co robiłam krok po kroku, oraz jakich produktów używałam. Zapraszam do oglądania! 


Na samym początku, po oczyszczeniu twarzy i wchłonięciu się kremu nawilżającego (też z Lirene), nałożyłam na całą twarz bazę matującą NO PORES. Tak, jak pisałam wyżej, bazę testuję już od dłuższego czasu i jestem z niej bardzo zadowolona! Matuje cerę, zmniejsza widoczność porów i sprawia, że makijaż dłużej się utrzymuje. 

Następnie, przy użyciu zwilżonego Beauty Blendera, na całej twarzy rozprowadziłam podkład Perfect Tone w odcieniu 110 Light. Nie jest to podkład mocno kryjący, ale zdecydowanie wygładza skórę i sprawia, że wygląda dużo lepiej. Wyrównuje koloryt i optycznie spłyca zmarszczki, a ponadto nie wchodzi w pory i nie schodzi plamami w ciągu dnia.   


Teraz czas na korektor BE PERFECT. To właśnie on pomógł mi zamaskować wszelkiego rodzaju niedoskonałości i blizny - ukrył to, czego nie dał rady ukryć podkład :) Mimo, że jest to korektor punktowy, nałożyłam go także pod oczy, na nos. brodę i czoło, aby rozjaśnić i rozświetlić te partie twarzy.


Całość przypudrowałam pudrem sypkim City Matt, który jest transparentny, a co za tym idzie - nie bieli i nie zmienia koloru podkładu. Jest bardzo drobno zmielony i bezproblemowo się rozprowadza, a na twarzy wygląda bardzo naturalnie. Nie tworzy efektu maski i nie daje płaskiego matu, co bardzo mi się podoba. Potem wykonałam makijaż oczu i ust, a na koniec podkreśliłam brwi.
 

Teraz czas na najtrudniejszą część wyzwania, czyli konturowanie twarzy. Do tego użyłam dwóch pudrów z serii Shiny Touch: mineralnego rozświetlacza oraz różo-bronzera. Na poniższym zdjęciu przedstawiłam, na które miejsca na twarzy należy nałożyć poszczególne produkty. Kolorem żółtym oznaczyłam rozświetlacz, różowym - róż, a brązowym bronzer.
    

Całość spsikałam mgiełką utrwalającą Lirene (też bardzo fajna, to moje drugie opakowanie), no i... voila! Makijaż gotowy! :) Poniżej dwa zdjęcia, w różnych światłach, abyście dokładniej zobaczyli, jak prezentuje się rozświetlacz.





Jak Wam się podoba makijaż z Lirene?
Jeśli jesteście ciekawi, jakich innych produktów użyłam do oczu i ust, piszcie w komentarzach.



NOWOŚĆ! Pudry Lirene - City Matt i Shiny Touch

Odkąd zaczęłam używać pudru sypkiego z Kryolanu, wszelkiego rodzaju pudry prasowane poszły w odstawkę. Anti-Shine spełnia wszystkie moje oczekiwania, więc nie szukałam niczego nowego. Do czasu, aż w moje ręce nie wpadły makijażowe nowości od Lirene, czyli pudry z serii City Matt i Shiny Touch :) Podkład City Matt uwielbiam, więc i w pudrach pokładałam duże nadzieje. Czy i tym razem nie zawiodłam się na naszej polskiej, rodzimej marce?


City Matt to seria mineralnych pudrów matujących w trzech odcieniach: 01 transparentny, 02 naturalny i 03 beżowy. Shiny Touch to dwie mozaiki - jedna składająca się z różu i bronzera, druga z kilku odcieni rozświetlaczy. Wszystkie zapakowane w plastikowe, aczkolwiek eleganckie, okrągłe pudełeczka, zamykane na klik. Trochę bałam się wrzucić puder do torebki, ale na szczęście nic mu się nie stało :) Fakt, pudełko trochę się porysowało, ale sam kosmetyk nie ucierpiał nawet w najmniejszym stopniu. 




Skupmy się najpierw na serii Shiny Touch. Różo-bronzer to kompozycja ciepłych odcieni, których można używać zarówno zmiksowanych, jak i solo. Ja preferuję raczej pierwszą opcję, bo po zmieszaniu kolor jest naprawdę piękny (zobaczcie na swatche). Na twarzy wygląda naturalnie, gdyż nie jest to typowy mat - określiłabym go raczej jako satynowy. Rozświetlacz natomiast jest bardzo jaśniutki, ale po nałożeniu ładnie wtapia się w skórę, tworząc efekt błyszczącej tafli


Oba pudry są bardzo mięciutkie, nie osypują się, nie pylą, bezproblemowo rozprowadzają się na skórze, nie robią nieestetycznych plam i nie migrują po twarzy w ciągu dnia. Są idealne nawet dla początkujących dziewczyn, które dopiero uczą się konturowania i nie za bardzo wiedzą, jak się z takimi kosmetykami obchodzić :) Bronzer jest dobrze napigmentowany, ale odcień jest na tyle bezpieczny, że nie można zrobić sobie nim krzywdy. Utrzymują się na twarzy około 6-8 godzin, potem zaczynają lekko "blednąć". Zaznacze jednak, że mam cerę mieszaną w kierunku suchej, więc może na innych trzymałyby się jeszcze lepiej.




Pudry City Matt to absolutny must have tych z Was, które polubiły się z podkładem z tej samej serii. Jeśli macie problemy z błyszczeniem, ten duet utrzyma Waszą cerę w ryzach naprawdę długi czas! :) Idealnie matowią skórę, wygładzają ją i sprawiają, że wygląda niemalże idealnie. Nie jest to taki kredowy, tępy mat, bo wszystkie trzy kolory mają w sobie niewielką ilość rozświetlających drobinek, ale uwierzcie mi, że na twarzy naprawdę wygląda to dobrze. Dużo lepiej, niż pudry typowo matujące (ryżowy, bambusowy itp.). 


Pudry City Matt, tak samo jak mozaiki z serii Shiny, są mega mięciutkie i jedwabiste, więc bez problemu rozprowadzają się na twarzy. Mam wrażenie, że dzięki swojej konsystencji będą bardzo wydajne, bo na pędzel nabiera się taka ilość, jakiej potrzebuję, a bardzo mało kosmetyku ląduje na ubraniach i podłodze (w przypadku pudrów sypkich niestety to jest problem). Są delikatnie perfumowane, ale zapach jest bardzo przyjemny i w żadnym wypadku nie przeszkadza podczas wykonywania makijażu. Efekt matowej skóry utrzymuje się około 4-5 godzin, potem muszę wykonać poprawki. Nie jest to może świetny wynik, ale puder przynajmniej nie zbiera się w załamaniach i nie wchodzi w pory - po prostu zaczynam się mocniej świecić :)


Jeśli chodzi o kolory, dla mnie idealny jest w tym momencie 02. Jedynka jest transparentna, ale lekko bieli, więc używam jej tylko z za ciemnymi, utleniającymi się na twarzy podkładami, żeby je lekko rozjaśnić. Trójka również wygląda bardzo ładnie, ale mam wrażenie, że dla mnie jest obecnie trochę zbyt żółta. Dwójka dosłownie wtapia się w moją cerę, co zresztą widać na poniższym zdjęciu:

I na koniec jesienny makijaż, który wykonałam przy użyciu trzech nowości od Lirene :) Oba kolaże można powiększać - wystarczy na nie kliknąć. Zdjęcia po prawej były robione z lampą, żeby uzmysłowić Wam, jak rozświetlacz odbija światło, a także jak wygląda mat uzyskany dzięki pudrowi. 



Do wykonania makijażu użyłam: 
Twarz: Revlon Colorstay 180, Korektor Astor Skin Match nr 02, Puder Lirene City Matt nr 02, Mineralny bronzer z różem Lirene Shiny Touch, Mineralny rozświetlacz Lirene Shiny Touch
Usta: Wibo Lip Lacquer nr 05
Oczy: Cienie z paletki Death By Chocolate I Heart Makeup, L'Oreal Super Liner, Tusz L'Oreal Volume Million Lashes Feline
Brwi: Kredka Maybelline Brow Satin Dark Brown, Maskara Bell Hypoalergenic nr 03

Jak Wam się podoba efekt, który uzyskałam dzięki nowościom od Lirene? Ja jestem jak najbardziej na tak! <3

AddThis