Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evree. Pokaż wszystkie posty

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - ZIMA 2015/16

Czytając Wasze odpowiedzi na pytanie konkursowe (do końca tygodnia możecie zgłaszać się TUTAJ), uświadomiłam sobie, że zbyt rzadko robię posty z ulubieńcami :) Niektóre z blogerek piszą o swoich ulubionych kosmetykach co miesiąc, ale u mnie coś takiego nie miałoby racji bytu. Powody są dwa. Po pierwsze: nie każdego miesiąca znajduję produkty warte uwagi, takie, które wyróżniają się spośród innych i o których koniecznie muszę Wam napisać. Po drugie: moja pielęgnacja twarzy jest dość nudna i monotonna, bo z racji tego, że ciągle jeszcze przechodzę kurację izotretynoiną, muszę uważać na to, czego używam. 

Ale, ale! Obiecuję poprawę i postaram się chociaż raz na kilka miesięcy pokazać Wam kosmetyki, które skradły moje serce i zaskoczyły pozytywnym działaniem. Chciałam nagrać film z ulubieńcami, ale światło (a raczej jego brak) skłoniło mnie do tradycyjnej formy przekazu, czyli zdjęcia + krótkie recenzje. Może i wyszedł z tego tasiemiec, ale skoro lubicie oglądać i czytać o kosmetycznych perełkach, raczej nie będziecie się nudzić :)


Żeby było Wam łatwiej przebrnąć przez ten post, podzieliłam kosmetyki tematycznie. Zacznę od pielęgnacji twarzy, potem pielęgnacja włosów i ciała, a na końcu kolorówka. Jeśli chodzi o twarz, zimą skupiłam się na nawilżaniu, a także usuwaniu przebarwień i blizn potrądzikowych. Pojawiły się kwasy, dwa fajne kremy oraz serum z cytryną i bursztynem ;)


FARMONA, AmberRay, Multifunkcyjne serum rozjaśniające
Serum stosuję rano, pod krem i podkład. Moja skóra jest po nim tak gładziutka, że nie mogę przestać jej dotykać ;) Przebarwienia są troszkę jaśniejsze, ale nie wiem, na ile to zasługa tego serum, a na ile kwasów. Wiem jednak, że produkt dość przyzwoicie nawilża, wygładza i zmiękcza skórę, idealnie nadaje się pod makijaż, nie zapycha i nie powoduje podrażnień. 

VIANEK, Nawilżający krem pod oczy z ekstraktem z lnu
Gdy skończył się mój ulubieniec z Resibo, jego miejsce zajęła nowość na polskim rynku, którą znalazłam w jednym z ShinyBoxów. Krem będzie zbyt delikatny dla wymagającej skóry pod oczami, ale dla mnie jest idealny. Nawilża, wygładza, delikatnie redukuje cienie i opuchliznę, a korektor nałożony bezpośrednio na ten krem wygląda dobrze i nie zbiera się w załamaniach. 

DERMIKA, Hydralogic, Krem hydra-matujący
To nowość, która dopiero pojawia się w drogeriach. Co prawda krem przeznaczony jest dla Pań w wieku 30+, a mnie trochę do trzydziestki brakuje, ale ja ograniczenia wiekowe zawsze traktuję z przymrużeniem oka :) Fajny krem na dzień, z niezłym składem, z trochę wyższej półki cenowej. Moja cera bardzo się z nim polubiła, głównie ze względu na to, że głęboko i wyraźnie nawilża, a jednocześnie matuje. Jako posiadaczka skóry mieszanej, skłonnej do nadmiernego błyszczenia, jestem zadowolona z jego działania. 


NOREL, Mandelic Acid, Tonik żelowy z kwasem migdałowym
Hit blogosfery, który sprawdził się także i u mnie. Stosuję go nie tylko na twarz, ale także na dekolt i ramiona. Nie spodziewajcie się wielkiego łuszczenia, bo stężenie kwasu to tylko 6% - to kosmetyk bardziej nawilżająco - wygładzający. Radzi sobie z przebarwieniami, świetnie wygładza, przyspiesza gojenie się wyprysków, a nawet ruszył moje zamknięte zaskórniki, co uważam za wielki sukces :) Lubię go i myślę, że zostanie ze mną na dłużej. 

GLYSKINCARE, Gentle Cleanser, Delikatny płyn do mycia twarzy
Kremowy, jedwabisty, po prostu idealny w konsystencji kosmetyk, który delikatnie (jak sama nazwa wskazuje) oczyszcza cerę i przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Drogi, ale mega wydajny i tak świetny w swym działaniu, że jestem skłonna kupić sobie drugą butelkę :) Twarz po jego użyciu nie jest ściągnięta, a przyjemnie gładka i nawilżona. Zazwyczaj po jego użyciu nakładam krok drugi - emulsję z kwasem glikolowym i mam wrażenie, że skóra wtedy mniej szczypie. 


Jeśli chodzi o włosy, zimą przeprosiłam się z kosmetykami drogeryjnymi. I wcale tego nie żałuję :) W ulubieńcach znalazł się też suchy szampon, którego zużywam już trzecie opakowanie, a także maska, którą na początku chciałam wyrzucić do kosza...


OLIVOLIO, Maska do włosów z witaminami PP i H
Bogata, gęsta, zbita konsystencja i niezbyt przyjemny zapach - tyle mogłam o niej powiedzieć na początku użytkowania. Totalnie nie sprawdziła się na moich włosach latem. Wtedy robiła mi jeden wielki puch, utrudniała rozczesywanie i wcale, ale to wcale nie odżywiała. Teraz moje włosy po jej użyciu wyglądają jak z reklamy :) Idealna, lejąca, miękka, błyszcząca tafla. Cudo!

FARMONA, Herbal Care, Szampon dziegieć
Myślałam, że to będzie zwykły szampon, dobry do zmywania olejów i głębszego oczyszczania włosów. Myślałam, że będzie wymagał dobrej maski i jeszcze lepszego serum do końców, bo będzie mi robił siano na głowie. Myślałam, że się u mnie nie sprawdzi. O, jak bardzo się myliłam :) Jedyne, co mogę mu zarzucić, to niezbyt przyjemny zapach, ale tak pachną wszystkie kosmetyki z dziegciem. Świetnie oczyszcza, koi moją łojotokową skórę, przedłuża świeżość włosów i wcale nie wysusza. Dobry do codziennego, częstego stosowania.


BATISTE, Suchy szampon, Medium & Brunette
Odkąd wróciłam do naturalnego koloru włosów, ta wersja Batiste jest ze mną na co dzień. Zużywam już trzecie jego opakowanie i uważam, że jest lepszy od wersji bez koloru :) Ma chłodny odcień ciemnego blondu, nie bieli i nie odznacza się na włosach. Nie powoduje również swędzenia skóry, co w przypadku tradycyjnych Batiste niestety się zdarzało.

ELSEVE, Olejek w kremie
Pięknie pachnący balsam w kremie, która dobrze dociąża i wygładza niesforne końce. Traktuję go jako odżywkę bez spłukiwania, która ułatwi mi rozczesywanie i pomoże ułożyć fryzurę. Nie puszy włosów, nie obciąża, a w składzie ma naturalne olejki, które nawilżają i odżywiają włosy. 

DOVE Advanced, Serum Quench Absolute
Dość drogie jak na kosmetyk drogeryjny serum, przeznaczone do loków i fal, które idealnie wygładza i nawilża włosy, a dodatkowo podkreśla skręt. Nie mam co prawda włosów kręconych, tylko falowane, ale ten produkt sprawdza się u mnie świetnie. Fale/loki są elastyczne i sprężyste, a włosy gładkie i jedwabiście miękkie. Jak na serum, butelka ma dużą pojemność (100 ml), więc uważam, że taka inwestycja się opłaca ;)


ELFA PHARM, O'Herbal, Szampon i odżywka zwiększające objętość 
Nowości od Elfa Pharm w dużych, półlitrowych opakowaniach, z całkiem fajnymi składami :) Moja wersja zwiększająca objętość ma wyciąg z arniki, który jest główną substancją aktywną. Szampon dobrze oczyszcza, jednocześnie nadając objętości i nie wysuszając włosów, a odżywka wygładza i nawilża. Wydajne, niedrogie, świeżo pachnące. Jak dla mnie OK :)


W pielęgnacji ciała królowały złuszczające, gruboziarniste peelingi, a także nawilżające, bogate masła i kremy. Zazwyczaj w takim zestawieniu nie prezentowałam żadnych kosmetyków myjących, ale teraz trafiłam na prawdziwą perełkę - musicie się o niej dowiedzieć!


LIRENE, Beauty Collection, Peeling mango i kokos
Choć kokos z nazwy jest drobnoziarnisty, to uwierzcie mi, że drobinki są naprawdę duże i ostre - w końcu to sól :) Mocne i aromatyczne zdzieraki uwielbiam, a te spełniają swoją rolę. Usuwają martwy naskórek, nie podrażniają, nie wysuszają i nie rozpuszczają się w ekspresowym tempie. Są niedrogie i łatwo dostępne - to lubię! 

PHARMACERIS E, Emolientowy żel do mycia ciała
Kosmetyk apteczny, przeznaczony do skóry bardzo suchej. Jedyny żel pod prysznic, który głęboko, widocznie nawilża i zmiękcza, jednocześnie łagodząc podrażnienia. Po kąpieli z jego użyciem nie musiałam już używać żadnego balsamu, ani masła. Skóra jest mięciutka i gładka, jak po kąpieli w olejkach. Prawdziwe zbawienie podczas mrozów, gdy skóra jest odwodniona i mega przesuszona. Jedyne, co mi się nie podoba, to jego zapach. Na szczęście nie jest wyczuwalny po spłukaniu :)


OLIVOLIO, Masło do ciała z olejem arganowym
Tak, jak moje włosy nie dogadują się z arganem, tak ciało wprost przeciwnie. Pokochałam to zbite, gęste masło, którego potrzeba naprawdę niewiele do jednokrotnego użycia. Pachnie pięknie - orientalnie, aromatycznie, naturalnie. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę odżywioną, ukojoną i głęboko nawilżoną. Idealne właśnie teraz, zimą, bo na lato może być za ciężkie i pozostawiać lepką warstwę. Pełna recenzja pojawi się na blogu niebawem :)

EVREE, Instant Help, Krem ratunek dla rąk
Kolejny hit od Evree, który mogę polecić każdej kobiecie dbającej o swoje dłonie. Teraz, gdy w pracy mam kontakt z chemią, moja skóra dłoni jest w stanie opłakanym. W połączeniu z mrozami dochodzi jeszcze uczucie szorstkości i pękanie. Instant Help poradził sobie z tym problemem w ciągu paru dni. Nawilża, łagodzi podrażnienia, uczucie ściągnięcia i szczypania, a w dodatku ładnie pachnie i ma bogaty skład.


Na koniec oczywiście kategoria najczęściej obfitująca w ulubieńców, czyli kolorówka :) Zimą mój makijaż opierał się na mocniejszym tuszowaniu rzęs, rozświetleniu cery, lekkich podkładach i ciemnych, matowych ustach. 


MAYBELLINE, Master Ink, Eyeliner w pędzelku
Tak się przyzwyczaiłam do pisaków, że już prawie zapomniałam o linerach w pędzelku. Pisakami łatwiej było mi się obsłużyć, dopóki nie trafiła do mnie nowość od Maybelline. Głęboka, smolista czerń, precyzyjny pędzelek, świetna trwałość i błyszcząca formuła sprawiły, że pisaki poszły w odstawkę :P Bardzo łatwo namalować nim równe kreski, które szybko zasychają i nie odbijają się na górnej powiece. 

FLOSLEK, Serum do rzęs Revive Lashes
Nie wiedziałam do jakiej kategorii je wrzucić, więc wylądowało tu :P Ostatnią odżywką, jakiej używałam, była ta z Realash, która skończyła mi się w maju. Do końca roku rzęsy jako tako się trzymały, ale z początkiem stycznia zaczęły wypadać. Revive Lashes zaczęło działać bardzo szybko - wypadanie ustało już po kilku użyciach, a teraz widać, że włoski są dłuższe i powoli się zagęszczają. Jak za tę cenę, naprawdę warto.

GOLDEN ROSE, Matte Lipstick Crayon
Kredki GR to prawdziwy hit ostatnich miesięcy. Bardziej kremowe od matowych pomadek tej firmy, świetnie napigmentowane i równie trwałe. Łatwiej wykonać nimi precyzyjny makijaż ust, nie wysuszają tak bardzo warg, a efekt, jaki osiągamy dzięki nim jest po prostu piękny :) Posiadam obecnie trzy kolory: 02. 11 i 13. 

KOBO, Matte Lips
Te szminki skradły moje serce głównie ze względu na śliczne, kobiece opakowania. Jakościowo również są niczego sobie - utrzymują się spokojnie kilka godzin, a gama kolorystyczna jest powalająca. Pokazywałam je na blogu w TYM poście i również się nimi zachwycałyście ;) Moimi faworytami są oczywiście Nicea i Croix, choć teraz w użyciu jest już cała szóstka.


NEAUTY MINERALS, Mineralny podkład kryjący
Nowa formuła podkładu zdecydowanie przypadła mi do gustu. Krycie jest porównywalne do Revlona CS, więc warto przyjrzeć mu się bliżej, bo jest na pewno lżejszy i zdrowszy dla skóry :) Mógłby tylko matować na dłużej, ale nie taka jego rola, więc przymykam oko.

LIRENE, Krem BB Master Blur
Kryje średnio, ale tak idealnie wygładza i matuje skórę, że jestem w nim zakochana. Jeśli potrzebuję większego krycia, bo moja cera ma gorszy okres, traktuję go jako bazę pod makijaż i również w tej roli sprawdza się świetnie :) Nie zapycha, nie wysusza, nie powoduje nadmiernego przetłuszczania się skóry. Jeśli nie macie większych problemów ze skórą, da Wam efekt photoshopa.

LIRENE, No Mask, Płynny fluid + serum
Tak, jak wyżej - krycie średnie, ale jego właściwości pielęgnacyjne sprawiły, że bardzo go polubiłam. Wygładza, nawilża, delikatnie matuje, idealnie dopasowuje się do naturalnego kolorytu cery, a gdy potrzebujemy większego zamaskowania niedoskonałości, wystarczy dodać drugą warstwę i lekko przypudrować. Przeszkadza mi tylko to, że jest bardzo rzadki, bo czasem lubi mi się wylać "przypadkowo" na spodnie... :D

WIBO, Star Glow
Polska wersja słynnych meteorytów Guerlain, która u mnie świetnie sprawdza się jako rozświetlacz. Efekt, jaki daje jest naprawdę bardzo delikatny, ale nie ma nic wspólnego z chamskim brokatem. Ładna, chłodna, jednolita, odbijająca światło tafla :)


SENSIQUE, Long Lashes
Tusz do rzęs, który ma świetną szczoteczkę i moim zdaniem to właśnie ona "robi robotę". Z jednej strony ma grzebyk rozdzielający i wyczesujący nadmiar kosmetyku, a z drugiej krótkie ząbki, docierające do najmniejszych i niewidocznych gołym okiem rzęs. Wydłuża, pogrubia i ładnie podkreśla, a przy odrobinie wysiłku możemy sobie wyczarować teatralny efekt :) Nie osypuje się i nie kruszy, a jedynie po całym dniu lekko odbija na górnej powiece. Można mu to wybaczyć, biorąc pod uwagę niską cenę.

RIMMEL, Super Curler
Po nim spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Przyzwyczajona do efektu miliona rzęs, jaki daje mi zielony kolega opisany niżej, na początku byłam rozczarowana tuszem Rimmela. Miał zastąpić zalotkę, a efekt podkręcenia jest bardzo delikatny. W ogóle efekt jest bardzo delikatny, więc nadaje się do codziennego makijażu typu "make up no make up". Taki wiecie, niby jest, ale go nie ma :D Mimo, że na początku trochę ponarzekałam, bardzo go polubiłam. Z biegiem czasu nauczyłam się z nim pracować tak, że rzęsy naprawdę wyglądały dobrze - wydłużone, podkręcone i pogrubione. 

L'OREAL, Volume Million Lashes Feline
Cudo nad cudami! Używam go od listopada i mimo, że tuszu w opakowaniu są resztki, rzęsy nim pomalowane wyglądają jak sztuczne. Podkręcona szczoteczka i olejkowa formuła sprawia, że włoski wcale nie są posklejane, a wręcz przeciwnie. Jak się postaram, to zrobię tak, że porozdzielam nim wszystkie rzęsy - wtedy mam prawdziwy wachlarz :) Nie pasuje mi w nim tylko cena regularna - mógłby być jednak tańszy.

Uff... Dobrnęliśmy do końca :) Znacie którychś z moich ulubieńców? Używacie ich? Które kosmetyki sprawdziły się u Was, a które okazały się bublami? 


Evree, Max Repair, Regenerujące serum do paznokci + ROZDANIE

Piękne dłonie to wizytówka kobiety. Każda z nas lubi mieć nawilżoną, gładką skórę i długie, zadbane, mocne paznokcie. O ile z tym pierwszym nie ma problemu, tak paznokcie (przynajmniej w moim przypadku) są bardziej wymagające i potrzebują szczególnej uwagi. Jak wiecie, często robię manicure hybrydowy, a do jego usuwania używam acetonu, który wysusza skórki i osłabia płytkę. Jak sobie z tym radzić? Ja znalazłam na to sposób :)

Moje paznokcie wreszcie zaczęły rosnąć! A to wszystko dzięki kolejnemu, świetnemu produktowi od Evree - serum do paznokci Max Repair. Swoją drogą, czy oni mają jakiś bubel w swojej ofercie? Bo jak na razie wszystko, co wpadnie mi w łapki, od razu zyskuje miano ulubieńca :)

Nie jest to typowa odżywka, którą nakładamy jak lakier. Jest to olejowe serum, które wsmarowujemy w płytkę i czekamy aż do wchłonięcia. O olejowaniu paznokci słyszałam już dawno, ale używałam do tego tylko olejku rycynowego. Jego aplikacja nie była zbyt wygodna i higieniczna, bo wszystko było tłuste, a wchłaniał się dosłownie wieki. Z serum Max Repair jest inaczej.

Kosmetyk dostajemy w niewielkiej, 8-mililitrowej tubce, zakończonej aplikatorem w formie pędzelka. Aby wydobyć serum z opakowania, wystarczy lekko nacisnąć tubkę, a potem wsmarować olejek w paznokcie i skórki. Prosta i higieniczna aplikacja, bez paprania sobie rąk w tłustej mazi - dla mnie bomba! 

Jeśli chodzi o konsystencję preparatu, jest to dość rzadki olejek, który dość szybko się wchłania. Uważajcie, żeby nie wylać go na paznokcie za dużo, bo może ściekać, ale dla mnie nie jest to problem - lepiej dołożyć, niż potem poślizgnąć się na tłustych płytkach w łazience :D


Serum używam około 3-4 razy dziennie, wmasowując je w płytkę i skórki, bądź pozostawiając do wyschnięcia. Gdy miałam pomalowane paznokcie (co ostatnio zdarzało się baaardzo rzadko), kosmetyk ląduje tylko na skórkach. Po ponad 3 tygodniach stosowania, zauważyłam, że coś jest nie tak... Przecież moje paznokcie nie sięgały nawet poza opuszki, a teraz... Same zobaczcie:


Jestem naprawdę pod wrażeniem, bo serum znacznie przyspieszyło wzrost paznokci i widocznie je wzmocniło - wystarczyło tylko regularnie maziać paznokcie naolejonym pędzelkiem. Nie łamią się, nie rozdwajają, są twarde i mocne. Skórki są może bardziej nawilżone, ale nadal się zadzierają, więc nadal walczę, ale Max Repair to serum do paznokci, a nie do skórek :)

Myślę, że kluczową rolę odgrywa tu skład, w którym znajdziemy aż osiem naturalnych olejków: oliwkowy, winogronowy, makadamia, ostropestowy, awokado, abisyński, arganowy i jojoba. Mimo, że to naturalna mieszanka, serum ma naprawdę przyjemny, owocowy, świeży zapach, który uprzyjemniał aplikację. Jestem pozytywnie zaskoczona ceną - Serum Max Repair możecie kupić w Rossmannie, a zapłacicie za nie ok. 15 zł. Czujecie się skuszone? :D



Dla tych, które chciałyby odżywić i wzmocnić swoje paznokcie, mam niespodziankę. 
Jedno serum jest dla Was
Mini rozdanie potrwa do przyszłej niedzieli, tj. 23.08
Aby przetestować Max Repair, wystarczy obserwować publicznie mojego bloga i dać znać w komentarzu, że bierzecie udział :)

Powodzenia!

______________

Serum zgarnia Karolina Jastrząb! Gratulacje :)
Czekam na maila z danymi do wysyłki.

Evree, Power Fruit - Dwufazowy olejek do ciała



Przyznam szczerze, że latem często zapominam o nawilżaniu ciała. Balsamy, bądź masła, których używam w okresie jesienno-zimowo-wiosennym zazwyczaj są za ciężkie na upały - długo się wchłaniają, spływają i są problematyczne w używaniu. I o ile twarzy latem poświęcam więcej uwagi, tak skóra ciała jest lekko zaniedbana...


Znalazłam jednak sposób na moje bolączki - suche, lekkie olejki do ciała, które błyskawicznie się wchłaniają i są wręcz idealne na wyższe temperatury! Jednym z takich olejków jest Power Fruit mojej ukochanej marki Evree, który przyciąga wzrok już samym opakowaniem!




Zacznę od tego, że jest to olejek dwufazowy i należy pamiętać, że przed użyciem trzeba go porządnie wstrząsnąć i zmieszać. Jedną "fazę" stanowią naturalne olejki, a drugą - kwas hialuronowy. Taka formuła sprawia, że kosmetyk jest rzadki (ale nie wodnisty) i niezwykle lekki, jednocześnie łatwo się rozprowadzając na skórze i błyskawicznie wchłaniając. 


W tym miejscu muszę też wspomnieć o dwóch ważnych rzeczach - po pierwsze: opakowanie. Plastikowa butelka z zamykaniem "na klik" - typowa dla olejków do ciała Evree, tylko tym razem lekko pomarańczowa, nie całkowicie przezroczysta :) Niestety i w tym przypadku nakrętka przecieka, więc zabranie olejku w podróż w oryginalnym opakowaniu odpada... Niemniej jednak, nie przeszkadza to w normalnym, codziennym, domowym użytkowaniu.

Po drugie: zapach. Piękny, owocowo-kwiatowy, słodki i intensywny. Na szczęście długo utrzymuje się na ciele, bo tak mi się spodobał, że mogłabym go wąchać godzinami! Szkoda, że nie znalazłam perfum o podobnej woni.

Jak Power Fruit działa na moją skórę? Przede wszystkim doskonale ją nawilża. Czuć to nie tylko od razu po aplikacji, ale również na drugi dzień. Po drugie, skóra jest gładka i miękka w dotyku, co widać szczególnie na nogach - koloryt jest wyrównany, skóra wygląda zdrowo i promiennie, a i łydka wydaje się jakaś smuklejsza :D  Przy regularnym stosowaniu zauważyłam delikatne ujędrnienie - nie jest to spektakularny lifting, czy całkowite usunięcie cellulitu, ale skóra jest sprężysta i jakby bardziej "gęsta".

Biorąc pod uwagę widoczny poniżej skład, jeśli olejek nie sprawdzi się na ciele (w co szczerze wątpię), zawsze można wypróbować go na włosach :) Gwarantuję Wam, że na pewno go nie wyrzucicie.


A w składzie olejki: migdałowy, z pestek winogron, awokado, sezamowy, malinowy i jojoba, a także wspominany wcześniej kwas hialuronowy. Jest krótko i naturalnie, co przekłada się na świetne działanie olejku :) Poza tym, spodobała mi się jego ogromna wydajność - używany prawie codziennie przez ponad miesiąc, nadal jest praktycznie cały. Z butelki ubyło mi tylko około 1/5 objętości.

Power Fruit możecie nabyć w większości drogerii, a kosztuje ok. 30 zł/ 100 ml. Warto polować na promocje - ja ostatnio widziałam go w Drogeriach Polskich za 21 zł :)

_____________

P.S.

Przypominam o rozdaniu z okazji trzecich urodzin bloga - do zgarnięcia jest zestaw profesjonalnych kosmetyków do włosów. Zgłaszać możecie się [TUTAJ].



Nowość od Evree, Olejek do ciała Super Slim + ROZDANIE

Idzie wiosna, czas na zmiany! :) Ja zaczęłam od zmiany sposobu odżywiania, a także trybu życia - staram się ćwiczyć regularnie (przynajmniej 15 minut dziennie). Bardziej dbam też o swoje ciało, żeby chociaż w znacznym stopniu pozbyć się cellulitu i ujędrnić skórę. W tym celu praktycznie codziennie szoruję się naturalną gąbką z luffy (uwierzcie mi, jest bardzo ostra), a potem wykonuję masaż z olejkiem. 


Markę Evree, chociaż produkują wiele fajnych kosmetyków w przystępnych cenach, znam głównie z olejków. Do tej pory testowałam olejek do ciała Gold Argan, a także olejek do twarzy Essential Oils. Oba cudne :) Dziś napiszę Wam kilka słów o kolejnym hicie, czyli olejku modelującym do ciała Super Slim, z kompleksem alg, które mają pomóc pozbyć się cellulitu, wyszczuplić, ujędrnić i uelastycznić skórę. 

Super Slim jest zamknięty w charakterystycznym dla marki, kartonowym, solidnym pudełku, opatrzonym we wszystkie niezbędne informacje, a także krótki opis składników aktywnych. W środku skrywa plastikową butelkę z zamknięciem "na klik", które niestety, tak jak w przypadku olejku Gold Argan, lubi przeciekać. Nie przeszkadza mi to jednak w używaniu kosmetyku, bo i tak nigdzie go nie przewożę, a otwór aplikuje odpowiednią ilość olejku i nie wylewa go zbyt dużo. 

Konsystencja jest, jak to w przypadku olejków bywa, nie za gęsta, nie za rzadka, ale taka w sam raz. Przypomina mi rzadką oliwkę :) Mimo tego, bez problemu nakłada się na skórę, a przy wykonywaniu masażu bardzo szybko się wchłania. Pachnie świeżo, owocowo, trochę pomarańczowo-grejpfrutowo, trochę słodko. Zapach jest bardzo orzeźwiający, więc idealnie wpasuje się w gusta osób, które lubią poprawiać sobie humor po ciężkim dniu. 

W składzie znajdziemy m.in. skoncentrowany kompleks algowy z listownicy, brunatnic, morszczynu i kowniatka morskiego, olej słonecznikowy, olej migdałowy, olejek perilla, olej grejprfutowy, olej makadamia, olej winogronowy, a także chilli/pieprz cayenne. Jak dla mnie, taki skład jest naprawdę fajny i nie ma prawa nie działać :)

No i działa! Już po 2-3 tygodniach (nie pamiętam dokładnie) codziennego, regularnego wcierania olejku w miejsca problematyczne, czyli uda, brzuch i pośladki, zauważyłam znaczną poprawę w wyglądzie tych miejsc. Skóra jest dogłębnie nawilżona, napięta, wyraźnie ujędrniona, a cellulit mniej widoczny. Zdaję sobie sprawę z tego, że pomagają mi w tym ćwiczenia, ale bez olejku nie uzyskałabym takich efektów w tak krótkim czasie. Najbardziej widoczne jest to na udach, które wygladają naprawdę o niebo lepiej, niż przed kuracją Super Slim. Musicie mi uwierzyć na słowo :)


Olejek Super Slim kosztuje ok. 30 zł/100 ml, a dostać go możecie w większości drogerii. Dopiero jest wprowadzany na rynek, więc szukajcie, bo naprawdę warto. Macie też inną opcję - zostańcie publicznym obserwatorem mojego bloga i zgłoście się do rozdania, w którym zgarnąć możecie ten właśnie olejek, fabrycznie nowy i nierozpakowany. Rozdanie potrwa od dziś, aż do 7 marca - zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania i ogłoszony dzień później, czyli 8 marca. Sprawię komuś prezent na Dzień Kobiet :)


Oczywiście można też polubić mnie na Facebooku, ale nie jest to warunek konieczny. Wystarczy wypełnić formularz powyżej i czekać na wyniki. Życzę Wam powodzenia! :)


Evree, Essential Oils - Rekonstruktor do twarzy, szyi i dekoltu

Posiadaczki cer tłustych, mieszanych i trądzikowych, przyznajcie się, ile z Was boi się nakładać na twarz olejek, żeby nie zapchać i nie pogorszyć stanu skóry? Pewnie większość... Niestety, ja też popełniałam ten błąd, dopóki nie zauważyłam, że używanie olejków zamiast kremu dobrze wpływa na moją twarz - przecież każda cera potrzebuje nawilżenia. Trzeba tylko stosować się do kilku zasad: obserwować swoją skórę, nie przesadzać i wybierać takie olejki, które mają dobre, naturalne składy.



Marka Evree jest stosunkowo nowa na naszym rynku, a już szturmem podbiła blogosferę i serca konsumentek. Dlaczego? Dlatego, że dobry produkt nie potrzebuje reklamy (zauważyłyście, że brak ich w tv i gazetach?) - broni się sam :)

Olejek do twarzy Essential Oils zaskoczył mnie pod wieloma względami, ale zacznę od opakowania. Szklana buteleczka o pojemności 30 ml, ze złotą zakrętką i wygodną, praktyczną pipetą nie ma nic wspólnego z tandetą. Wręcz przeciwnie - kojarzy mi się z luksusem i niszowymi, drogimi kosmetykami. Jest solidna i elegancka, ale musimy uważać, żeby nie upadła (czasem lubi się utłuścić), bo wtedy może się rozbić.


Używałam go głównie do twarzy, jako nawilżające serum. Sporadycznie wykonywałam nim też masaż skóry szyi i dekoltu. Nie wchłania się tak szybko, jak krem, ale jest lekki i nie czuć na skórze ciężkiej, olejowej, lepkiej warstwy. Nie nada się pod makijaż, bo twarz się po nim świeci, dlatego polecam smarować się nim na noc, jakieś pół godziny przed snem, żeby nie wytrzeć wszystkiego w poduszkę ;) Jeżeli chodzi o działanie, tak jak pisałam, jestem mega zaskoczona. Essential Oils w żadnym wypadku nie zapycha, a doskonale nawilża i wygładza skórę. Nakładany pod oczy, lekko spłyca delikatne zmarszczki. 

Można go też używać do masażu twarzy, szyi i dekoltu (a na kartoniku jest instrukcja, jak to robić), do zmywania makijażu, jako maseczkę, wzbogacić nim swój ulubiony krem, a także zabezpieczyć końcówki włosów. W każdej z tych ról sprawdza się tak samo - nawilża, wygładza i nie obciąża.


W składzie możemy znaleźć olejki roślinne (jojoba, avocado, z pestek winogron, migdałowy, ryżowy, słonecznikowy, z nasion wiesiołka), olejki eteryczne (geraniowy, rozmarynowy, nagietkowy, lawendowy, eukaliptusowy, pomarańczowy, grejpfrutowy, melisowy), a także roślinne emolienty i konserwanty. Nie jest to więc prosty, jednoskładnikowy olejek, a odżywcza bomba dla skóry ;) Warto też wspomnieć o jego wydajności. Używam go już ponad miesiąc, regularnie, kilka razy w tygodniu i nigdy nie oszczędzam produktu przy nakładaniu go na skórę, a mimo to, zużyłam dopiero 1/3 buteleczki.



Rekonsktruktor kosztuje około 30 zł, a dostępny jest np. w drogeriach Rossmann. Z tej serii możecie spróbować jeszcze dwóch innych wersji olejku: Magic Rose i Gold Argan. Ja ze swojego Essential Oils jestem bardzo zadowolona i z pewnością do niego wrócę ;)

P.S.

Przypominam o trwającym rozdaniu z odżywką RevitaLash:



HIT!!! Evree, Gold Argan, Pure Argan Oil 100%

Nadeszła era olejku arganowego. Jest dosłownie wszędzie - w kremach, w żelach pod prysznic, w kosmetykach do makijażu, w mydłach, w płynach do mycia naczyń, w proszkach do prania... Niedługo będzie też pewnie w żywności, żeby nas upiększał i nawilżał od środka :D 

Żarty żartami, a ja w swoich zapasach też mam butelkę naturalnego, sutprocentowego oleju arganowego - zazwyczaj ulepszam nim inne kosmetyki, ale używam go też solo. Nie zawsze jednak mam ochotę wąchać ten mało przyjemny zapach (nie oszukujmy się, prawdziwy olej arganowy śmierdzi), więc sięgam po coś innego. Po olejek Gold Argan od Evree, który bardzo szybko skradł moje serce ;)


Gold Argan jest zamknięty w solidnej, plastikowej butelce, wyposażonej w zamykanie "na klik". Na początku mnie to cieszyło, bo myślałam że będzie to dużym ułatwieniem podczas aplikacji, ale niestety, zakrętka przecieka. I nie jest to wina felernego opakowania - we wszystkich recenzjach, jakie czytałam, była o tym mowa. Na szczęście to jedyna wada tego kosmetyku, więc nie zrażajcie się, bo zawsze można go przelać do innej butelki ;) 

Elegancki kartonik zawiera wszystkie niezbędne informacje. Olejek, którego możemy używać zarówno do ciała, jak i do twarzy, ma za zadanie odżywiać, regenerować i głęboko nawilżać skórę, przywracać jej elastyczność i gładkość, a także zmniejszać widoczność zmarszczek. 



Co sprawiło, że Gold Argan skradł moje serce już po pierwszym użyciu? Odpowiedź jest prosta: zapach. Kosmetyk pachnie słodko-kwiatowo-orientalnie. Ciężko mi określić nuty zapachowe, jakie są wyczuwalne po aplikacji, ale woń przypomina dobre, markowe perfumy i lubię, gdy gości na moim ciele ;) 

Przyznam szczerze, że do twarzy nie użyłam go ani razu - bałam się, że mnie zapcha. Za to bardzo często służył mi jako nawilżacz do ciała. Wsmarowywałam go w skórę praktycznie codziennie wieczorem, po kąpieli, a potem wykonywałam krótki, kilkuminutowy masaż. Olejek wchłaniał się praktycznie w 100%, nie pozostawiając tłustej, lepkiej warstwy. Pozostawiał za to coś innego - piękny, wyrazisty zapach i dogłębnie nawilżoną, wygładzoną skórę :)



Przy regularnych masażach olejkiem Evree, zauważyłam zdecydowaną poprawę elastyczności skóry i (!!!) zmniejszenie widoczności cellulitu. Serio, żaden kosmetyk nie upiększył tak moich ud, jak to cudo :) Wymaga to przede wszystykim systematyczności i cierpliwości, bo pierwsze efekty zauważyłam dopiero po ok. miesiącu stosowania, ale opłaca się czekać :) 

Kilka razy użyłam go też do olejowania włosów. Zostawiłam na całą noc, a rano zmyłam szamponem. Włosy były wygładzone i błyszczące, w dodatku lepiej się układały - warto poeksperymentować i obserwować reakcje. Mimo, że ani na ciało, ani na włosy wcale nie żałowałam kosmetyku i lałam go ile wlezie, z butelki prawie nic nie ubywało. Olejek jest więc bardzo wydajny.


I na sam koniec krótka analiza składu. Gold Argan jest pozbawiony olejów mineralnych, silikonów i parabenów - zamiast szkodliwej chemii znajdziemy w nim olej arganowy, olej słonecznikowy, olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, olej sezamowy, olej makadamia, olej ryżowy, beta karoten, substancje zapachowe i barwniki. 

Olejek Gold Argan stał się moim hitem i na pewno tak szybko nie zamienię go na inny tego typu kosmetyk. Ujędrnia, nawilża i wygładza skórę, a poza tym pomógł mi się w jakimś stopniu pozbyć cellulitu - w połączeniu z przepięknym zapachem i niską ceną (ok. 28 zł/100ml), tworzą coś, czego powinna spróbować każda z Was!

AddThis