Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusz do rzęs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusz do rzęs. Pokaż wszystkie posty

Ulubieńcy ostatnich miesięcy - ZIMA 2015/16

Czytając Wasze odpowiedzi na pytanie konkursowe (do końca tygodnia możecie zgłaszać się TUTAJ), uświadomiłam sobie, że zbyt rzadko robię posty z ulubieńcami :) Niektóre z blogerek piszą o swoich ulubionych kosmetykach co miesiąc, ale u mnie coś takiego nie miałoby racji bytu. Powody są dwa. Po pierwsze: nie każdego miesiąca znajduję produkty warte uwagi, takie, które wyróżniają się spośród innych i o których koniecznie muszę Wam napisać. Po drugie: moja pielęgnacja twarzy jest dość nudna i monotonna, bo z racji tego, że ciągle jeszcze przechodzę kurację izotretynoiną, muszę uważać na to, czego używam. 

Ale, ale! Obiecuję poprawę i postaram się chociaż raz na kilka miesięcy pokazać Wam kosmetyki, które skradły moje serce i zaskoczyły pozytywnym działaniem. Chciałam nagrać film z ulubieńcami, ale światło (a raczej jego brak) skłoniło mnie do tradycyjnej formy przekazu, czyli zdjęcia + krótkie recenzje. Może i wyszedł z tego tasiemiec, ale skoro lubicie oglądać i czytać o kosmetycznych perełkach, raczej nie będziecie się nudzić :)


Żeby było Wam łatwiej przebrnąć przez ten post, podzieliłam kosmetyki tematycznie. Zacznę od pielęgnacji twarzy, potem pielęgnacja włosów i ciała, a na końcu kolorówka. Jeśli chodzi o twarz, zimą skupiłam się na nawilżaniu, a także usuwaniu przebarwień i blizn potrądzikowych. Pojawiły się kwasy, dwa fajne kremy oraz serum z cytryną i bursztynem ;)


FARMONA, AmberRay, Multifunkcyjne serum rozjaśniające
Serum stosuję rano, pod krem i podkład. Moja skóra jest po nim tak gładziutka, że nie mogę przestać jej dotykać ;) Przebarwienia są troszkę jaśniejsze, ale nie wiem, na ile to zasługa tego serum, a na ile kwasów. Wiem jednak, że produkt dość przyzwoicie nawilża, wygładza i zmiękcza skórę, idealnie nadaje się pod makijaż, nie zapycha i nie powoduje podrażnień. 

VIANEK, Nawilżający krem pod oczy z ekstraktem z lnu
Gdy skończył się mój ulubieniec z Resibo, jego miejsce zajęła nowość na polskim rynku, którą znalazłam w jednym z ShinyBoxów. Krem będzie zbyt delikatny dla wymagającej skóry pod oczami, ale dla mnie jest idealny. Nawilża, wygładza, delikatnie redukuje cienie i opuchliznę, a korektor nałożony bezpośrednio na ten krem wygląda dobrze i nie zbiera się w załamaniach. 

DERMIKA, Hydralogic, Krem hydra-matujący
To nowość, która dopiero pojawia się w drogeriach. Co prawda krem przeznaczony jest dla Pań w wieku 30+, a mnie trochę do trzydziestki brakuje, ale ja ograniczenia wiekowe zawsze traktuję z przymrużeniem oka :) Fajny krem na dzień, z niezłym składem, z trochę wyższej półki cenowej. Moja cera bardzo się z nim polubiła, głównie ze względu na to, że głęboko i wyraźnie nawilża, a jednocześnie matuje. Jako posiadaczka skóry mieszanej, skłonnej do nadmiernego błyszczenia, jestem zadowolona z jego działania. 


NOREL, Mandelic Acid, Tonik żelowy z kwasem migdałowym
Hit blogosfery, który sprawdził się także i u mnie. Stosuję go nie tylko na twarz, ale także na dekolt i ramiona. Nie spodziewajcie się wielkiego łuszczenia, bo stężenie kwasu to tylko 6% - to kosmetyk bardziej nawilżająco - wygładzający. Radzi sobie z przebarwieniami, świetnie wygładza, przyspiesza gojenie się wyprysków, a nawet ruszył moje zamknięte zaskórniki, co uważam za wielki sukces :) Lubię go i myślę, że zostanie ze mną na dłużej. 

GLYSKINCARE, Gentle Cleanser, Delikatny płyn do mycia twarzy
Kremowy, jedwabisty, po prostu idealny w konsystencji kosmetyk, który delikatnie (jak sama nazwa wskazuje) oczyszcza cerę i przygotowuje ją do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Drogi, ale mega wydajny i tak świetny w swym działaniu, że jestem skłonna kupić sobie drugą butelkę :) Twarz po jego użyciu nie jest ściągnięta, a przyjemnie gładka i nawilżona. Zazwyczaj po jego użyciu nakładam krok drugi - emulsję z kwasem glikolowym i mam wrażenie, że skóra wtedy mniej szczypie. 


Jeśli chodzi o włosy, zimą przeprosiłam się z kosmetykami drogeryjnymi. I wcale tego nie żałuję :) W ulubieńcach znalazł się też suchy szampon, którego zużywam już trzecie opakowanie, a także maska, którą na początku chciałam wyrzucić do kosza...


OLIVOLIO, Maska do włosów z witaminami PP i H
Bogata, gęsta, zbita konsystencja i niezbyt przyjemny zapach - tyle mogłam o niej powiedzieć na początku użytkowania. Totalnie nie sprawdziła się na moich włosach latem. Wtedy robiła mi jeden wielki puch, utrudniała rozczesywanie i wcale, ale to wcale nie odżywiała. Teraz moje włosy po jej użyciu wyglądają jak z reklamy :) Idealna, lejąca, miękka, błyszcząca tafla. Cudo!

FARMONA, Herbal Care, Szampon dziegieć
Myślałam, że to będzie zwykły szampon, dobry do zmywania olejów i głębszego oczyszczania włosów. Myślałam, że będzie wymagał dobrej maski i jeszcze lepszego serum do końców, bo będzie mi robił siano na głowie. Myślałam, że się u mnie nie sprawdzi. O, jak bardzo się myliłam :) Jedyne, co mogę mu zarzucić, to niezbyt przyjemny zapach, ale tak pachną wszystkie kosmetyki z dziegciem. Świetnie oczyszcza, koi moją łojotokową skórę, przedłuża świeżość włosów i wcale nie wysusza. Dobry do codziennego, częstego stosowania.


BATISTE, Suchy szampon, Medium & Brunette
Odkąd wróciłam do naturalnego koloru włosów, ta wersja Batiste jest ze mną na co dzień. Zużywam już trzecie jego opakowanie i uważam, że jest lepszy od wersji bez koloru :) Ma chłodny odcień ciemnego blondu, nie bieli i nie odznacza się na włosach. Nie powoduje również swędzenia skóry, co w przypadku tradycyjnych Batiste niestety się zdarzało.

ELSEVE, Olejek w kremie
Pięknie pachnący balsam w kremie, która dobrze dociąża i wygładza niesforne końce. Traktuję go jako odżywkę bez spłukiwania, która ułatwi mi rozczesywanie i pomoże ułożyć fryzurę. Nie puszy włosów, nie obciąża, a w składzie ma naturalne olejki, które nawilżają i odżywiają włosy. 

DOVE Advanced, Serum Quench Absolute
Dość drogie jak na kosmetyk drogeryjny serum, przeznaczone do loków i fal, które idealnie wygładza i nawilża włosy, a dodatkowo podkreśla skręt. Nie mam co prawda włosów kręconych, tylko falowane, ale ten produkt sprawdza się u mnie świetnie. Fale/loki są elastyczne i sprężyste, a włosy gładkie i jedwabiście miękkie. Jak na serum, butelka ma dużą pojemność (100 ml), więc uważam, że taka inwestycja się opłaca ;)


ELFA PHARM, O'Herbal, Szampon i odżywka zwiększające objętość 
Nowości od Elfa Pharm w dużych, półlitrowych opakowaniach, z całkiem fajnymi składami :) Moja wersja zwiększająca objętość ma wyciąg z arniki, który jest główną substancją aktywną. Szampon dobrze oczyszcza, jednocześnie nadając objętości i nie wysuszając włosów, a odżywka wygładza i nawilża. Wydajne, niedrogie, świeżo pachnące. Jak dla mnie OK :)


W pielęgnacji ciała królowały złuszczające, gruboziarniste peelingi, a także nawilżające, bogate masła i kremy. Zazwyczaj w takim zestawieniu nie prezentowałam żadnych kosmetyków myjących, ale teraz trafiłam na prawdziwą perełkę - musicie się o niej dowiedzieć!


LIRENE, Beauty Collection, Peeling mango i kokos
Choć kokos z nazwy jest drobnoziarnisty, to uwierzcie mi, że drobinki są naprawdę duże i ostre - w końcu to sól :) Mocne i aromatyczne zdzieraki uwielbiam, a te spełniają swoją rolę. Usuwają martwy naskórek, nie podrażniają, nie wysuszają i nie rozpuszczają się w ekspresowym tempie. Są niedrogie i łatwo dostępne - to lubię! 

PHARMACERIS E, Emolientowy żel do mycia ciała
Kosmetyk apteczny, przeznaczony do skóry bardzo suchej. Jedyny żel pod prysznic, który głęboko, widocznie nawilża i zmiękcza, jednocześnie łagodząc podrażnienia. Po kąpieli z jego użyciem nie musiałam już używać żadnego balsamu, ani masła. Skóra jest mięciutka i gładka, jak po kąpieli w olejkach. Prawdziwe zbawienie podczas mrozów, gdy skóra jest odwodniona i mega przesuszona. Jedyne, co mi się nie podoba, to jego zapach. Na szczęście nie jest wyczuwalny po spłukaniu :)


OLIVOLIO, Masło do ciała z olejem arganowym
Tak, jak moje włosy nie dogadują się z arganem, tak ciało wprost przeciwnie. Pokochałam to zbite, gęste masło, którego potrzeba naprawdę niewiele do jednokrotnego użycia. Pachnie pięknie - orientalnie, aromatycznie, naturalnie. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając skórę odżywioną, ukojoną i głęboko nawilżoną. Idealne właśnie teraz, zimą, bo na lato może być za ciężkie i pozostawiać lepką warstwę. Pełna recenzja pojawi się na blogu niebawem :)

EVREE, Instant Help, Krem ratunek dla rąk
Kolejny hit od Evree, który mogę polecić każdej kobiecie dbającej o swoje dłonie. Teraz, gdy w pracy mam kontakt z chemią, moja skóra dłoni jest w stanie opłakanym. W połączeniu z mrozami dochodzi jeszcze uczucie szorstkości i pękanie. Instant Help poradził sobie z tym problemem w ciągu paru dni. Nawilża, łagodzi podrażnienia, uczucie ściągnięcia i szczypania, a w dodatku ładnie pachnie i ma bogaty skład.


Na koniec oczywiście kategoria najczęściej obfitująca w ulubieńców, czyli kolorówka :) Zimą mój makijaż opierał się na mocniejszym tuszowaniu rzęs, rozświetleniu cery, lekkich podkładach i ciemnych, matowych ustach. 


MAYBELLINE, Master Ink, Eyeliner w pędzelku
Tak się przyzwyczaiłam do pisaków, że już prawie zapomniałam o linerach w pędzelku. Pisakami łatwiej było mi się obsłużyć, dopóki nie trafiła do mnie nowość od Maybelline. Głęboka, smolista czerń, precyzyjny pędzelek, świetna trwałość i błyszcząca formuła sprawiły, że pisaki poszły w odstawkę :P Bardzo łatwo namalować nim równe kreski, które szybko zasychają i nie odbijają się na górnej powiece. 

FLOSLEK, Serum do rzęs Revive Lashes
Nie wiedziałam do jakiej kategorii je wrzucić, więc wylądowało tu :P Ostatnią odżywką, jakiej używałam, była ta z Realash, która skończyła mi się w maju. Do końca roku rzęsy jako tako się trzymały, ale z początkiem stycznia zaczęły wypadać. Revive Lashes zaczęło działać bardzo szybko - wypadanie ustało już po kilku użyciach, a teraz widać, że włoski są dłuższe i powoli się zagęszczają. Jak za tę cenę, naprawdę warto.

GOLDEN ROSE, Matte Lipstick Crayon
Kredki GR to prawdziwy hit ostatnich miesięcy. Bardziej kremowe od matowych pomadek tej firmy, świetnie napigmentowane i równie trwałe. Łatwiej wykonać nimi precyzyjny makijaż ust, nie wysuszają tak bardzo warg, a efekt, jaki osiągamy dzięki nim jest po prostu piękny :) Posiadam obecnie trzy kolory: 02. 11 i 13. 

KOBO, Matte Lips
Te szminki skradły moje serce głównie ze względu na śliczne, kobiece opakowania. Jakościowo również są niczego sobie - utrzymują się spokojnie kilka godzin, a gama kolorystyczna jest powalająca. Pokazywałam je na blogu w TYM poście i również się nimi zachwycałyście ;) Moimi faworytami są oczywiście Nicea i Croix, choć teraz w użyciu jest już cała szóstka.


NEAUTY MINERALS, Mineralny podkład kryjący
Nowa formuła podkładu zdecydowanie przypadła mi do gustu. Krycie jest porównywalne do Revlona CS, więc warto przyjrzeć mu się bliżej, bo jest na pewno lżejszy i zdrowszy dla skóry :) Mógłby tylko matować na dłużej, ale nie taka jego rola, więc przymykam oko.

LIRENE, Krem BB Master Blur
Kryje średnio, ale tak idealnie wygładza i matuje skórę, że jestem w nim zakochana. Jeśli potrzebuję większego krycia, bo moja cera ma gorszy okres, traktuję go jako bazę pod makijaż i również w tej roli sprawdza się świetnie :) Nie zapycha, nie wysusza, nie powoduje nadmiernego przetłuszczania się skóry. Jeśli nie macie większych problemów ze skórą, da Wam efekt photoshopa.

LIRENE, No Mask, Płynny fluid + serum
Tak, jak wyżej - krycie średnie, ale jego właściwości pielęgnacyjne sprawiły, że bardzo go polubiłam. Wygładza, nawilża, delikatnie matuje, idealnie dopasowuje się do naturalnego kolorytu cery, a gdy potrzebujemy większego zamaskowania niedoskonałości, wystarczy dodać drugą warstwę i lekko przypudrować. Przeszkadza mi tylko to, że jest bardzo rzadki, bo czasem lubi mi się wylać "przypadkowo" na spodnie... :D

WIBO, Star Glow
Polska wersja słynnych meteorytów Guerlain, która u mnie świetnie sprawdza się jako rozświetlacz. Efekt, jaki daje jest naprawdę bardzo delikatny, ale nie ma nic wspólnego z chamskim brokatem. Ładna, chłodna, jednolita, odbijająca światło tafla :)


SENSIQUE, Long Lashes
Tusz do rzęs, który ma świetną szczoteczkę i moim zdaniem to właśnie ona "robi robotę". Z jednej strony ma grzebyk rozdzielający i wyczesujący nadmiar kosmetyku, a z drugiej krótkie ząbki, docierające do najmniejszych i niewidocznych gołym okiem rzęs. Wydłuża, pogrubia i ładnie podkreśla, a przy odrobinie wysiłku możemy sobie wyczarować teatralny efekt :) Nie osypuje się i nie kruszy, a jedynie po całym dniu lekko odbija na górnej powiece. Można mu to wybaczyć, biorąc pod uwagę niską cenę.

RIMMEL, Super Curler
Po nim spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Przyzwyczajona do efektu miliona rzęs, jaki daje mi zielony kolega opisany niżej, na początku byłam rozczarowana tuszem Rimmela. Miał zastąpić zalotkę, a efekt podkręcenia jest bardzo delikatny. W ogóle efekt jest bardzo delikatny, więc nadaje się do codziennego makijażu typu "make up no make up". Taki wiecie, niby jest, ale go nie ma :D Mimo, że na początku trochę ponarzekałam, bardzo go polubiłam. Z biegiem czasu nauczyłam się z nim pracować tak, że rzęsy naprawdę wyglądały dobrze - wydłużone, podkręcone i pogrubione. 

L'OREAL, Volume Million Lashes Feline
Cudo nad cudami! Używam go od listopada i mimo, że tuszu w opakowaniu są resztki, rzęsy nim pomalowane wyglądają jak sztuczne. Podkręcona szczoteczka i olejkowa formuła sprawia, że włoski wcale nie są posklejane, a wręcz przeciwnie. Jak się postaram, to zrobię tak, że porozdzielam nim wszystkie rzęsy - wtedy mam prawdziwy wachlarz :) Nie pasuje mi w nim tylko cena regularna - mógłby być jednak tańszy.

Uff... Dobrnęliśmy do końca :) Znacie którychś z moich ulubieńców? Używacie ich? Które kosmetyki sprawdziły się u Was, a które okazały się bublami? 


Ulubiony duet od L'Oreal | Tusz Volume Million Lashes Feline, Podkład Infallible 24H-Matte

Marka L'Oreal gościła wcześniej w mojej kosmetyczce, ale nigdy żaden ich kosmetyk nie zachwycił mnie na tyle, żeby do niego wrócić. Zawsze uważałam, że kolorówka L'Oreala jest droga, a jakość produktów niska i niemająca nic wspólnego z wysoką ceną. Do czasu, aż marka nie wprowadziła na rynek dwóch nowości, które od razu wpadły w moje ręce. Dlaczego? Nie wiem. Działałam instynktownie - nie czytałam wcześniej opinii na ich temat, nie zwracałam uwagi na cenę. Wzięłam, kupiłam i zaczęłam testować. 


Mowa o najmłodszym z rodziny Volume Million Lashes tuszu - Feline, oraz podkładzie Infallible 24H - Matte. Zacznijmy od maskary :) Opakowanie jest typowe dla tej serii. Długie, smukłe, złoto - zielone, bardzo eleganckie i trwałe. Tusz ma według producenta pogrubiać i podkręcać rzęsy, tworząc zmysłowe, kocie spojrzenie i dając efekt "miliona rzęs". Tusz ma w składzie olejki, m.in. arganowy, kameliowy i migdałowy, które mają pielęgnować rzęsy i przedłużać trwałość makijażu. Po pierwszym użyciu zaskoczyło mnie, że maskara nie jest matowa, a błyszcząca. Do tej pory nie spotkałam się z takim efektem, ale przyznam, że mi się spodobał. Druga pozytywna rzecz - zapach. On po prostu pięknie, słodko pachnie! Niektóre tusze wręcz odpychają niefajnym, chemicznym smrodkiem, a ten uprzyjemnia mi codzienny makijaż. 


Szczoteczka jest silikonowa, wygięta, podobna do tych, jakie mają żółte tusze z Lovely. Z jednej strony włoski są króciutkie, a z drugiej nieco dłuższe. Te krótkie pozwalają na "złapanie" rzęs od samej nasady i dotarcie do tych najmniejszych, a dłuższe - rozczesują i rozdzielają. Tusz jest naprawdę mocno, głęboko, smoliście czarny, a olejkowa konsystencja ułatwia aplikację. Szczoteczka sunie po włoskach, jak po maśle :) Nic się nie skleja, nie osypuje i nie odbija na powiekach.


Efekt (przynajmniej według mnie) jest powalający. Właśnie tego oczekuję od tuszu - mocna czerń, widoczne wydłużenie i pogrubienie, bez sklejania i osypywania się w ciągu dnia. Rzęsy są elastyczne i wyglądają naprawdę dobrze już po jednej warstwie (na zdjęciu poniżej). Po dodaniu kolejnych warstw możemy uzyskać efekt sztucznych rzęs, ale musimy uważać na to, żeby nie przesadzić - maskara w nadmiernej ilości może sklejać. Cena Feline to około 60 zł. Dużo? Jak dla mnie nie :) Za świetny tusz warto tyle zapłacić, ale często są na niego promocje, więc nie musicie przepłacać. 



Przejdźmy do podkładu. Infallible 24H - Matte to podkład, który ma zapewnić mocne krycie, matową twarz i 24-godzinną trwałość. Miał być idealny dla cer tłustych i mieszanych, więc sięgnęłam po niego bez zastanowienia. Mam cerę problematyczną, trądzikową, z przebarwieniami i bliznami. Naprawdę mam wiele do zamaskowania, więc kryjące podkłady to dla mnie must have. Wybrałam sobie odcień 22 Radiant Beige, który z całej gamy wydawał mi się najbardziej neutralny. Reszta była albo za żółta, albo za różowa. Tubka jest miękka i zakończona dziubkiem, który dozuje odpowiednią ilość podkładu.


Podkład ma rzadką, ale nielejącą konsystencję. Dobrze rozprowadza się na twarzy (najlepiej palcami albo BB) i szybko zastyga, niemalże natychmiastowo dając efekt pudrowej, gładkiej, matowej cery. Nie wchodzi w załamania i w pory, nie tworzy plam i smug, nie robi efektu maski, ani nie podkreśla suchych skórek (jeśli odpowiednio zadbamy o pielęgnację cery). Kryje naprawdę bardzo dobrze. Jak dla mnie, taki efekt jest wystarczający - nie widać krostek, przebarwień, zaczerwienień i blizn. Skóra jest matowa około 5-6 godzin, co dla mnie jest świetnym wynikiem, bo normalnie już po 2 godzinach potrzebuję poprawek. Podkład nie schodzi z twarzy plamami, nie ściera się, nie warzy i nie zapycha cery, co dla mnie jest priorytetem. Jestem z niego naprawdę zadowolona i używam na zmianę z minerałami ;)



Cena: 58-60 zł/35 ml, w promocji około 40. Będzie idealny dla dziewczyn, które są posiadaczkami cer trądzikowych, tłustych, skłonnych do świecenia się i zapychania. Infallible świetnie kryje, jest lekki i pomaga utrzymać skórę matową na długie godziny. Na chwilę obecną jest to mój numer 1 wśród podkładów drogeryjnych - zdeklasował nawet Revlon Colorstay! Szkoda tylko, że gama kolorystyczna jest tak okrojona, ale mam nadzieję, że L'Oreal niedługo coś doda ;)

Znacie? Lubicie? :)


Lily Lolo, Natural Mascara, Naturalny tusz do rzęs

Pora na kolejną część przygody z minerałami Lily Lolo. Po przetestowaniu kosmetyków do makijażu twarzy, powoli przenoszę się na makijaż oczu :) Pokazywałam Wam już paletę cieni Laid Bare, obecnie testuję jeszcze inny cień w słoiczku, a dziś skupimy się na rzęsach. Według producenta, Naturalna maskara Lily Lolo ma pogrubić i wydłużyć rzęsy, jednocześnie dodając im objętości. Delikatna formuła zapewnia łatwą aplikację i sprawia, że maskara szybko wysycha i nie rozmazuje się.

Opakowanie jest utrzymane w biało-czarnej kolorystyce, matowe, smukłe i eleganckie - typowe dla kosmetyków LL. Dodatkowo tusz zapakowany jest w kartonik, wyposażony w skład i datę ważności. Tusz jest naturalny, więc ma nieco inną konsystencję, niż tusze drogeryjne. Jest gęsty, suchy i na początku sprawiał mi niemałe problemy przy nakładaniu - za każdym razem uzyskiwałam efekt "owadzich nóżek". Rzęsy były posklejane i wyglądały nieestetycznie. Z biegiem czasu nauczyłam się go używać tak, żeby rzęsy jako tako wyglądały. I choć to nie jest efekt, jakiego się spodziewałam, jestem zadowolona :)


Szczoteczka jest klasyczna, nie silikonowa, ma tradycyjny, zwężany ku górze kształt, a włoski są grube i gęsto rozstawione. Niestety, szczotka nabiera o wiele za dużo kosmetyku i za każdym razem trzeba nadmiar wycierać chusteczką. Niemniej jednak dobrze operuje się nią na oku i bez problemu pokrywa wszystkie, nawet najmniejsze rzęsy.

Natural Mascara na pewno wydłuża i pogrubia rzęsy - z tym zgodzę się w 100%. Czy nadaje im objętości - z pewnością tak. Niestety, lubi też sklejać, co dla mnie jest uciążliwe, bo lubię idealnie rozdzielone i podkręcone włoski. Podoba mi się kolor tuszu. Głęboka, matowa czerń, bez żadnych przebłysków szarości.

W składzie znajdziemy m.in wosk karnauba, słonecznikowy i ryżowy, wyciąg z produktów fermentacji bakterii Lactobacillus, olej arganowy i olej różany. Znacie jakiś inny tusz, który zawierałby tyle składników pochodzenia naturalnego? :) Mam wrażenie, że regularne używanie maskary delikatnie wzmacnia rzęsy i je przyciemnia, ale być może to zasługa czegoś innego - ciężko mi stwierdzić.


Efekt, jaki uzyskuję na moich rzęsach przy użyciu tego tuszu, widzicie na zdjęciu poniżej (można powiększać). Nie jest idealnie, ale posklejane rzęsy można wyczesać grzebykiem - tutaj nałożyłam jedną warstwę tuszu i nic z nim nie robiłam.





Tusz kosztuje obecnie 59,90zł/7ml, a kupić możecie go w sklepie Costasy. Kliknięcie w zdjęcie poniżej przekieruje Was na stronę sklepu:



INNE POSTY Z KOSMETYKAMI LILY LOLO:
 Korektor mineralny
♥  Naturalna szminka do ust French Flirt
♥  Podkład Warm Honey i pędzel Super Kabuki
♥  Naturalny krem BB
♥  Puder Flawless Matte
♥  Eyebrow Duo Light
♥  Paleta cieni Laid Bare + swatche



INGRID, Love Story, Volume & Long Mascara

Cześć, mam na imię Justyna i jestem maskaroholiczką. Na chwilę obecną, w użyciu jest ich aż 8, drugie tyle leży w zapasach, a kolejne tyle już wyschło, ale mają fajne szczoteczki i nie mam sumienia wywalić ich do kosza. Na blogu zazwyczaj piszę Wam tylko o tych maskarach, które przypadają mi do gustu, reszta nie zasługuje na oddzielny wpis :) Dziś o jednym cudeńku z tej pierwszej kategorii. Używam go na co dzień i jak na razie sprawdza się bez zarzutu.


Pogrubiająco - wydłużający tusz do rzęs Love Story marki Ingrid przyciąga wzrok pięknym opakowaniem. Srebrne, eleganckie, z wytłaczanym wzorem koronki - będzie idealne dla kobiet, które lubią, gdy kosmetyk nie tylko się sprawdza, ale też ładnie wygląda na półce :)

Szczoteczka jest silikonowa, z krótkimi, dość gęsto rozstawionymi ząbkami. Jest giętka i wygodna w użyciu, a ponadto nabiera odpowiedną ilość tuszu. Dobrze rozdziela i dokładnie pokrywa każdy włosek, nie zostawiając przy tym grudek i nie sklejając rzęs. 


Mimo, że jest to maskara pogrubiająco-wydłużająca, nie osiągniemy przy jej użyciu teatralnego efektu. Rzęsy pokryte Love Story wyglądają naturalnie, ale nie są niewidoczne. Przy jednej warstwie włoski są idealnie rozdzielone i wydłużone, ale pogrubienia niestety nie widać. Efekt oczywiście można stopniować, dokładając kolejne warstwy maskary, ale mnie zadowala już jedna, ewentualnie dwie cienkie warstewki. Tusz nie osypuje się, nie rozmazuje i nie znika w ciągu dnia. Jest dość trwały - utrzymuje się bez zarzutu ok. 8 godzin.


Uważam, że tusz Love Story będzie idealny dla dziewczyn, które lubią gadżeciarskie opakowania, ale też naturalnie wyglądające, rozdzielone i delikatnie podkreślone rzęsy. Nie nada się natomiast dla tych, które oczekują efektu sztucznych rzęs. 

Na zdjęciu poniżej jedna warstwa tuszu (można powiększać):


Tusz kosztuje ok. 12 zł/7 ml, a dostępny jest na stoiskach INGRID. Dokładną listę sklepów możecie podejrzeć tutaj [klik].


Youngblood, Whiplash - Tusz z efektem sztucznych rzęs

Nieczęsto mam okazję używać kosmetyków niszowych - głównie ze względu na ich wysoką cenę i niedostępność. Marka Youngblood bez wątpienia do takich należy. Jest amerykańską, luksusową firmą, zajmującą się produkcją kosmetyków mineralnych, przeznaczonych dla posiadaczek cer wrażliwych, z niedoskonałościami. Dopiero wchodzą na polski rynek, więc w internecie o nich mało. Postaram się to zmienić :)

Głównym bohaterem dzisiejszego wpisu jest zestaw WHIPLASH, składający się z 2 elementów: mineralnego tuszu z efektem sztucznych rzęs (10 ml) i odżywki do rzęs/bazy pod tusz (3,8 ml).

Tusz i odżywkę dostajemy w czarno - białym, matowym, eleganckim kartoniku. W środku znajduje się czarna, wysuwana "szufladka", w której umieszczone zostały 2 buteleczki. Już samo opakowanie świadczy o ekskluzywności produktu - o wszystko zadbano w najmniejszych szczegółach, a całość wygląda naprawdę elegancko i ładnie.

Buteleczki tuszu i odżywki wyglądają tak samo, różnią się jedynie wielkością. Są wykonane nie z tandetnego, wszechobecnego plastiku, a z wysokiej jakości metalu (wnioskuję po tym, że są zimne i dość ciężkie). Przy zakręcaniu słychać charakterystyczny "klik", dzięki czemu jestem pewna, że do środka nie dostaje się powietrze, a opakowanie jest szczelnie zamknięte.

Szczoteczka odżywki do rzęs ma kształt spirali. Jest niewielka, wygodna w użyciu i nabiera odpowiednią ilość kosmetyku. Sama odżywka jest biała, gęsta, a po nałożeniu na rzęsy mało widoczna. Stanowi swego rodzaju "bazę" pod tusz, uprzednio pogrubiając i wydłużając włoski. Mineralna odżywka zawiera proteiny i witaminy, które wzmacniają i odżywiają, dzięki czemu rzęsy nie łamią się ze względu na działanie nawilżające kosmetyku.

Tusz do rzęs ma standardową szczoteczkę - taką, jaką możemy znaleźć w większości drogeryjnych kosmetyków. Włoski są krótkie i gęsto rozstawione. Tusz na początku był mokry i trochę się rozmazywał, ale po ok. 2 tygodniach podsechł i bez problemu pokrywał rzęsy, nie osypując się i nie "migrując" po twarzy. Czerń jest matowa, głęboka i nie blednie w ciągu dnia. Produkt jest bogaty w aminokwasy, witaminy i wyciągi roślinne, dzięki czemu wzmacnia i uelastycznia rzęsy. Nie zawiera sztucznych barwników i parabenów, więc z powodzeniem mogą go używać posiadaczki wrażliwych oczu.

Aby uzyskać efekt sztucznych rzęs, należy najpierw nałożyć na rzęsy warstwę odżywki, a gdy ta jest jeszcze mokra, pokryć włoski tuszem. To właśnie odżywka "robi całą robotę", więc możemy jej nałożyć tyle, ile chcemy, byle tylko nie przesadzić :) Efekt możemy oczywiście stopniować, ale już po jednej warstwie odżywki i tuszu rzęsy są pogrubione i meeega wydłużone! Same możecie zobaczyć to na zdjęciu poniżej (można powiększać):

Tak, jak pisałam wcześniej - w ciągu dnia tusz nie kruszy się i nie rozmazuje, a nałożony rano, wieczorem wygląda tak samo dobrze. Kondycja rzęs przy regularnym używaniu odżywki i tuszu uległa zdecydowanej poprawie. Włoski są mocniejsze, bardziej elastyczne i nie wypadają w takich ilościach, jak wcześniej ;) 

Zestaw Whiplash można nabyć w sklepie internetowym PELL.PL (klik w zdjęcie poniżej). Odżywka i tusz kosztują w cenie regularnej 239 zł, ale aktualnie trwa promocja, z której naprawdę warto skorzystać - za czarny kartonik zapłacicie tylko 84 zł :) Skusicie się? 



Uwaga, BUBEL!! Wibo, Boom Boom Mascara

Na początku napiszę Wam, że nie mam uprzedzenia do polskich, tanich marek kosmetycznych, produkujących kolorówkę. Wręcz przeciwnie - lubię je i często sięgam po ich lakiery do paznokci, tusze do rzęs, róże do policzków, czy pudry. Jedne są lepsze, drugie gorsze, ale na taki bubel nie trafiłam już dawno... Mowa o tuszu do rzęs Boom Boom marki Wibo, który otrzymałam w październiku - jeszcze zanim ów tusz trafił na sklepowe półki. 



Producent pisze o nim tak:

Maskara nadbudowuje rzęsy nadając im objętość w rozmiarze XXL. Silikonowa szczoteczka precyzyjnie je rozczesuje i modeluje, zapewniając efekt sztucznych rzęs. Kremowa formuła zapobiega sklejaniu. Nadaje rzęsom miękkość i sprężystość.

Przyznam, że obietnica uzyskania efektu sztucznych rzęs przekonała mnie, aby sięgnąć po ten tusz. Opakowanie też jest ciekawe - jaskrawe, duże, ładne, wyróżniające się spośród innych tuszy Wibo. 



Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to ogromna, silikonowa szczoteczka. Ząbki są króciutkie, cienkie i gęsto rozstawione. Rozmiar szczotki naprawdę robi wrażenie - do tej pory wydawało mi się, że ta od Colossal Volum' Express jest duża, a Boom Boom jest jeszcze większa i grubsza! Na początku bałam się, że zrobię sobie nią krzywdę, bo jest prawie takiej wielkości, jak moje oko, ale bez problemu się nią posługiwałam. 


Ucieszyłam się, że ząbki są gęste, bo z doświadczenia wiem, że te świetnie radzą sobie z rozczesywaniem i rozdzielaniem rzęs. Tutaj niestety jest inaczej. Na zdjęciu poniżej widać, że szczoteczka nabiera za dużo tuszu i jest nim dosłownie oblepiona. Konsystencja tuszu rzeczywiście jest kremowa, dość rzadka i "mokra", co ułatwia jego nakładanie.


Niestety, efekt, jaki uzyskałam przy pomocy maskary Boom Boom, jest jednym wielkim rozczarowaniem. Rzęsy co prawda są wydłużone i pogrubione, ale okropnie posklejane. Oprócz tego, tusz zostawia grudki, co zamiast efektu sztucznych rzęs, daje efekt owadzich nóżek. Jak dla mnie - okropieństwo. Nie wiem, czy się osypuje w ciągu dnia, bo nigdy nie miałam go na oku dłużej niż parę minut... 


Myślałam, że trzeba mu dać czas, odłożyć go i pozwolić trochę podeschnąć, ale po 2 miesiącach nadal zachowuje się tak samo, więc wylądował w koszu. Kosztuje 11,99zł/11g i jest dostępny w drogeriach Rossmann. Jak dla mnie, szkoda na niego kasy - lepiej kupić sobie Pump Up z Lovely, który daje bardzo fajny efekt, a zapłacicie za niego 3 złote mniej.


LUMENE, Cloudberry Excellength Mascara

Tusze do rzęs to zdecydowanie te kosmetyki, które kupuję najczęściej. Nie znalazłam jeszcze tuszu idealnego - choć na chwilę obecną mam kilka ulubionych, które dają zadowalający efekt, to jeszcze nie to, czego oczekuję. Testuję maskary z różnych półek cenowych, ale nie cena świadczy o jakości kosmetyku. Zarówno ten za 100, jak i za 10 zł może nas zadowolić, wszystko zależy od osobistych upodobań i oczekiwań ;)


Tusz Lumene Cloudberry Excellength nie jest zwykłym tuszem. Jest to tusz aktywny - oprócz tego, że maluje rzęsy, zawiera kompleks komórek macierzystych z arktycznej maliny moroszki, który ma wpłynąć na wzrost rzęs. W składzie nie ma parabenów i alkoholu, więc teoretycznie nie powinien podrażniać. Według producenta, trwale wydłuża rzęsy, nie rozmazuje się i nie kruszy. A jak jest w praktyce?


Maskara zamknięta jest w ładnym, pomarańczowym, podłużnym opakowaniu, które jest dość dobrze wykonane - napisy nie ścierają się, a lakierowana powłoka nie rysuje. Przy zakręcaniu słychać "klik", dzięki czemu wiemy, że tusz jest szczelnie zamknięty i nie dochodzi do niego powietrze.

Szczoteczka jest silikonowa - niewielka, wąska, z krótkimi, dość rzadko rozstawionymi ząbkami. Dobrze się nią operuje, bo równomiernie pokrywa wszystkie rzęsy tuszem i dociera nawet do najmniejszych włosków. Nie drapie powieki, a wręcz przeciwnie, delikatnie muska włoski. Tak, że prawie jej nie czuć :)

Przyznam, że na początku ten tusz wydawał mi się bublem, ze względu na jego konsystencję. Jest gęsta, kremowa, ale trochę zbita i sucha. Nie ma nic wspólnego z mokrymi tuszami, jak np. Colossal Volum' od Maybelline, co skutkowało tym, że na rzęsach była praktycznie niewidoczna. Potem jednak nauczyłam się z nią obchodzić. Nakładałam ją powoli, dokładnie starając się pokryć każdy włosek. Efekt, jaki uzyskuję za każdym razem, jest zgodny z obietnicami producenta: rzęsy są rozdzielone, lekko podkręcone i wyraźnie wydłużone.


Tusz nie odbija się na powiece, nie kruszy i nie rozmazuje. Jest bardzo trwały - pozostaje nienaruszony praktycznie przez cały dzień. Nie wiem, czy wpływa na wzrost rzęs, bo równocześnie używam też RevitaLasha, ale na pewno ta maskara nie robi rzęsom nic złego, a patrząc na skład, mam wrażenie, że powinien je odżywić i poprawić ich stan.

A tak prezentuje się na oku. Zdjęcie poniżej (można powiększać i przyjrzeć się z bliska) przedstawia oko w wersji naked (po lewej stronie) i z dwoma warstwami tuszu Cloudberry Excellength:


Uważam, że jest to dobra opcja dla tych, które oczekują wydłużenia, podkręcenia i dokładnego rozdzielenia rzęs. Ja jednak wolę "teatralny" efekt i chciałabym, żeby rzęsy były bardziej pogrubione i zyskały na objętości. Cloudberry Excellength Mascara od Lumene możecie kupić w sklepie Bodyland.pl. Obecnie kosztuje ona 42,50zł/7ml.




Etre Belle, Lash - Xpress & hyaluronic Mascara

W makijażu codziennym stawiam na podkreślenie oczu. Teraz, gdy moje rzęsy są w trochę lepszej kondycji, lubię je malować i testować różne tusze do rzęs. 
Bohaterem dzisiejszej recenzji jest maskara, która zbiera tyle samo negatywnych, co pozytywnych recenzji. Wniosek nasuwa się sam - można ją kochać, lub nienawidzić. 


Tusz Lash - Xpress & hyaluronic znalazłam we wrześniowym ShinyBoxie. Po pierwszym użyciu nie byłam zachwycona - tusz odbijał się na powiece i sklejał rzęsy. Zauważyłam, że konsystencja jest zbyt rzadka, więc postanowiłam dać mu czas i poczekać, aż trochę podeschnie.

Szczoteczka jest silikonowa, wygięta, z krótkimi, gęsto rozstawionymi ząbkami. Taką samą (lub bardzo podobną) szczotkę mają tusze Catchy Eyes Gosha i Pump Up Lovely, które na moich rzęsach dawały świetny efekt. Wymagania miałam więc duże, bo oczekiwałam wydłużenia, pogrubienia i podkręcenia w jednym. 


O dziwo, maskara dała radę! Szczoteczka nie jest za duża, a jej wygięty kształt i niewielkie, gęste ząbki sprawiają, że można dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęski i równomiernie pokryć ją tuszem.

Lash - Xpress & hyaluronic nie odbija się na powiece, nie kruszy w ciągu dnia i łatwo zmywa. Jednocześnie jest trwały, bo wytrzymuje nienaruszony ok. 10 godzin (tyle udało mi się wytrzymać z makijażem, potem musiałam już zmyć :P), a pewnie wytrzymałby jeszcze dłużej.


Rzęsy są wydłużone, pogrubione i lekko podkręcone już po jednej warstwie (efekt na zdjęciu poniżej). Dzięki zawartości kwasu hialuronowego, nie są sztywne, a miękkie i elastyczne. Tuszem można osiągnąć naprawdę świetny efekt - niemalże sztucznych rzęs - trzeba tylko nauczyć się "obchodzić" ze szczoteczką i poczekać, aż jego konsystencja będzie odpowiednia.


Na chwilę obecną jest to mój ulubiony tusz. Używam go codziennie i za każdym razem moje rzęsy wyglądają zjawiskowo (tak mi się przynajmniej wydaje, oceńcie same) ;)


Jedynym minusem może być jego wysoka cena i dostępność. Tusz Lash - Xpress & hyaluronic kosztuje 99,99zł, a kupić możecie go tylko w sklepie internetowym, bezpośrednio od producenta.





AddThis